Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

27.6.17

Piekło, które spadło z nieba_Rozdział 30

*enjoy

Patrzysz jak ogień spada z nieba pełnego czerwieni. Czarne igły spalonej trawy wbijają ci się w nagie stopy, kiedy biegniesz. To boli. Są tak ostre, że pewnie zostawisz za sobą krwawe ślady. Ale przecież nie możesz się zatrzymać, kiedy goni cię śmierć. Tak długo już jesteś, że trudno ci powiedzieć czy to ciebie goni śmierć czy to ty gonisz życie. Ale nie możesz się zatrzymać. Ci, którzy się zatrzymają - giną od ognia, przegrywają w tym diabelskim wyścigu pełnym niepowodzeń i małych przyjemności. Biegniesz i biegniesz i braknie ci tchu. I twoje włosy siwieją, a mięśnie słabną i  coraz częściej odczuwasz fizyczny ból. I zaczynasz marzyć, aby zatrzymać się tylko na chwilę, ale przecież wiesz, że nie możesz. Zbierasz się w sobie. Wykrzesujesz ostatnie iskry nadziei i przyspieszasz. A w momencie, kiedy twoje palce dotykają już jasnego światła słodkiego... Ohh jakże słodkiego życia. Dogania cię śmierć. Bo nadzieja zawsze była matką głupich, a twój wyścig od początku był przegrany.
 - A co gdybyś nie musiał uciekać?
Co to znaczy nie musiał...? Nie uciekać znaczy nie żyć.
Śmiech. Potem palce przesuwają się z czułością po moich włosach.
- Co to znaczy 'żyć'?
Marszczę brwi i powoli otwieram oczy. W pierwszej chwili razi mnie światło. W drugiej zaczynam odczuwać ból pod skronią i w lewym ramieniu. Krzywię się lekko. W trzeciej ktoś obok parska śmiechem.
Dopiero w czwartej zaczyna pracować mózg. Przysnąłem siedząc na ławce w szatni.
- Nieźle cię położyłam na tym ringu.
Uśmiecham się zamykając oczy. Poprawiam woreczek z lodem na głowie i otwieram jedno oko z powrotem. Sięgam po długopis i piszę na kartce 'Dałem ci fory'. Odwracam kartkę w jej stronę. Czyta, a uśmiech na jej rozciętych wargach powiększa się.
- Jasne - parska kolejnym śmiechem - Au - sięga do rany na ustach.
- Karma - słyszę kolejny głos w pomieszczeniu.
Jego oczy są roześmiane, choć twarz pozostaje niezmienna.
- Poza tym. Nie powiedziałem, że macie się pozabijać - na ostatnie słowo jego oczy rozświetlają się.
- Ej! A co niby dajcie z siebie wszystko znaczy? - Clemi przekręca głowę na bok. Normalnie uśmiechałaby się teraz zbyt szeroko, ale spierzchłe, rozcięte usta na to jej nie pozwalały.
- No. Możemy zrzucić to na luki w informacjach - uśmiechnął się szeroko - Myślałem, że po prawie półtora rocznej przerwie będziecie w gorszej formie - unosi wysoko brwi - Jak normalni ludzie - dodaje z parsknięciem.
Położył białe puszyste ręczniki na końcu ławki. Potem dwa razy przeczesał palcami swoje półdługie włosy i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Klasnął w dłonie i spojrzał na zegarek.
- Za dwadzieścia minut tamta dwójka skończy biegać, więęęęęęęęęęc - przeciągnął zastanawiając się przez chwilę. - Nastawię tobie ramię - powiedział wskazując na mnie palcem lewej dłoni - A tobie poszukam maści i rozmasuję achillesa - Wskazał na Clemi i uśmiechnął się - To tylko naciągniecie, więc nie myśl sobie, że jutro nie będziesz biegać.
Uśmiech Clemi zrzedł. Lucyfer klęka naprzeciwko mnie. Delikatnie chwyta moje ramię. Jego palce są zimne.
- Na trzy? - Pyta mnie cicho.
Potakuję głową.
- Okay, okay - mówi, przekręcając swoją głową na boki i coś strzela mu w karku - Dobrze - jego uścisk staje się mocniejszy - Gotowy? Dobrze. - Przygryza wargę - Trzy! - Krzyczy nagle i szybko podnosi moje ramię, kompletnie mnie zaskakując, słychać tylko brzydkie chrupniecie i moje nagłe zassanie powietrza.
W moich oczach pojawiają się łzy.
- Widzisz, nie było tak źle - podnosi się z zadowolonym uśmieszkiem.
- Luci? Chyba dam sobie radę z achillesem. Przejdzie mi - Clemi mówi zbyt wysokim tonem, który zdradza jej zdenerwowanie.
Lucyfer uśmiecha się tylko.
- Nie ma tak łatwo - siada na końcu przeciwnej ławki - Kładź się - wskazuje głową na ławkę.
- Ej chyba serio nie trzeba. Patrz już mnie nie boli - Clemi posyła mi przerażone spojrzenie. Wycieram łzy z oczu i ze skrzywieniem na twarzy pokazuję jej kciuk w górę.
- Czyli chcesz jeszcze dzisiaj nadrobić dwie godziny biegania? - Lucyfer patrzy na nią z tajemniczym światłem w oczach i uprzejmym uśmiechem.
Clementine zwiesza głowę tak nisko, że aż dziwne, że jak idzie to nie ciągnie jej po podłodze. Siada powoli na drugim końcu ławki i robi najśliczniejsze oczy, i najbardziej smutną minkę, jaką w życiu widziałem.
- Ooooo - Lucyfer uśmiecha się delikatnie, a jego oczy zamieniają się kolorem. - Na brzuchu - dodaje słodko.
Clemi już prawie płacze kładąc się z ociąganiem.
- Możesz krzyczeć - dodaje mężczyzna zbierając te włosy, które może w kuc z tyłu głowy. Część niesfornych kosmyków od razu ucieka - I tak nikt cię nie usłyszy - Uśmiecha się szeroko, po czym zabiera się do pracy.
Clemi nawet się nie powstrzymuje. Krzyczy, wyje, płacze, ale ani przez chwilę nie zmienia pozycji i ani śni o wyrywaniu się. Przez chwilę przypatruję się im ze skrzywieniem i wciąż masuję swoje ramię. Potem zaczynam ćwiczenia swojego głosu, które przedstawiono mi dzisiaj rano. Są to proste ćwiczenia, które nie przeciążają strun głosowych ani nie nadwyrężają ich, ale podobno mają czynić cuda, gdy robi się je regularnie. Oczywiście na samym początku jedyne dźwięki, które wychodzą z moich ust brzmią jak odgłosy duszenia się i niczym nie przypominają normalnego głosu ludzkiego, ale nie wolno się poddawać prawda? Eh, a kiedyś miałem całkiem przyzwoity głos.
Po dosłownie 10 minutach do pokoju wchodzą dwie osoby. Ten niższy prawie od razu siada na podłodze, już nawet nie na ławce, i zawiesza głowę i  delikatne ramiona na zgiętych kolanach. Oddycha ciężko i wygląda na wycieńczonego. Między palcami cały czas gniecie krótki sznurek. Ten drugi potakuje nam wszystkim głową i zarzuca sobie ręcznik na głowę. Wyglądałby kompletnie zwyczajnie z popielatymi włosami i całkowicie szarymi oczami, gdyby nie fakt, że jest wyjątkowo wysoki i napakowany. Patrzysz na niego i właściwie widzisz kupę mięśni pracujących z niespotykaną precyzją jak na ich ilość.
- Ile dałeś rady przebiec? - Lucyfer pyta pierwszego.
Mija kilka długich sekund, kiedy wreszcie da się słyszeć cichą odpowiedź - Wszystko.
W tej chwili następuje coś wyjątkowego, kiedy Lucyfer zaczyna się krztusić własną śliną i mimowolnie naciska któryś z mięśni Clemi mocniej, a ta piszczy tak głośno, że aż dudni w uszach. Lucyfer potrzebuje chwili, aby uspokoić nagły napad kaszlu.
- Ileee? - Pyta ocierając kącik ust ze śliny. Potem wydaje jakiś dziwny dźwięk przypominający skomlenie i tym dziwnym, tanecznym krokiem podchodzi do rudowłosego chłopaka. Kładzie dłonie na jego ramionach i naciska. - Roooozciągaj sięęęę - mówi prawie błagalnym tonem - Dobry Boże. Jak jutro uda ci się wstać, to samego Belzebuba wyciągnę z piekła i nakaże przed tobą tańczyć.
Potem stanął na przeciwko tego wysokiego i podrapał się po głowie. Przez chwilę mierzył go wzrokiem. Zacmokał ustami mierzwiąc swoją brodę palcami.
- I co ja mam z tobą zrobić łamago? - Mruknął do siebie.
Zastygł w tym miejscu z dłonią na brodzie, oczami zmrużonymi, dygając nogą niespokojnie. Przez pięć dobrych minut nikt w pokoju się nie odezwał. Całą czwórką wpatrywaliśmy się w tego dziwaka stojącego na środku pokoju i zastanawialiśmy się jakim cudem tak niepojęty człowiek jest wszędzie przedstawiony jako mordercza bestia. Co sprawiło, że ten przystojny facet wzbudza w innych strach. Przecież w tej chwili wyglądał jak czterolatek stojący przed cukiernią. I czy w ogóle jest tym, za kogo się podaje.
- Zrobimy tak - odwrócił się do mnie nagle - Wasza dwójka będzie jutro biegać. Chcę sprawdzić waszą wytrzymałość. Dużemu sprawdzimy siłę. A ty - odwrócił się do Malkolma - celność.
Klasnął w dłonie, a jego oczy nabrały nagle koloru morza. Pstryknął palcami i na ten znak jego włosy ułożyły się ładnie na jego głowie w fale, a ubrania naraz zamieniły na niebieski garnitur.
- Wszyscy rozciągacie się przez przynajmniej piętnaście minut.
- A ty? - Odezwał się wysoki.
Lucyfer uśmiechnął się do mnie figlarnie, aż zrobiło mi się ciepło w żołądku.
- A ja rozciągam się tylko na specjalne okazje. Muszę złożyć wizytę pewnemu nieboszczykowi i zabrać mu co moje - i wyszedł posyłając nam słodki uśmiech.
Rozciągaliśmy się w ciszy. Nie dlatego, że się nie lubiliśmy. Właściwie ledwo się znaliśmy, a cisza była dość komfortowa. Po za tym ja nie mogłem się odezwać. Malcolm był zbyt zmęczony i nieśmiały, żeby kiedykolwiek zacząć rozmowę. Clemi, główna inicjatorka pogawędek, przysypiała na ławce z ręcznikiem na twarzy, a Ellroh - mięśniak, w ogóle mało się odzywał chyba, że chodziło o Clemi. Rozeszliśmy się do własnych pokoi, przeniesionych z resztą do innej części budynku. Kiedy otwierałem drzwi do pokoju, korytarzem szedł właśnie Aki, z papierosem w zębach i włosami rozczochranymi jakby przed chwilą stał na silnym wietrze, a za nim truchtała zdenerwowana pielęgniarka krzycząca coś o paleniu. Posłał mi drapieżny wzrok i uśmiechnął półgębkiem. Wszedłem do niewielkiego pokoju i uśmiechnąłem na widok pustego, nowiusieńkiego płótna opartego o ścianę, z przyklejoną małą żółtą karteczką "na wypadek gdybyś nie mógł spać". Pismo było czyste i ostrożnie wypracowane i z pewnością je znałem, ale nie potrafiłem przypisać osoby. Odłożyłem je i prawie od razu położyłem spać.
Obudziłem się dobre cztery godziny później. Nie czułem się wypoczęty, ale wiedziałem, że leżenie nie ma sensu. Byłem zdecydowanie niespokojny i nawet nie rozumiałem tego dziwnego strachu formującego się w żołądku i na końcach płuc. Wyszedłem na korytarz, aby zażyć spaceru. To podobno uspokaja. Pielęgniarka prawie od razu spytała mnie czy wszystko w porządku. Przytaknąłem i uśmiechnąłem się, ale wciąż odprowadziła mnie ostrożnym, nieufnym wzrokiem i dziwię się, że nikogo nie wezwała. W końcu kto pozwala pacjentom na spacery po korytarzach o 3 nad ranem. Nie wiem gdzie wędrowałem, ale jakimś cudem w końcu znalazłem się przed brzydkim pokojem o zbyt długim numerze, aby go zapamiętać. Zajrzałem do środka.
Dziewczyna leżała na łóżku płasko, nieruchomo. Gdyby śpiąca królewna nie żyła tylko w baśniach, to z pewnością wyglądałaby właśnie tak. Jasne, gęste rzęsy rzucały ciemne cienie na jej śliczne, różane policzki. Mleczna cera mieniła się jak porcelana. Usta czerwone, nabrzmiałe jak dojrzały owoc, który tak bardzo pragnie się spróbować, idealnie kontrastowały z odcieniem nieskazitelnej skóry. I te piękne złociste blond loki rozrzucone na bielusieńkich poduszkach. Uroda jej była zbyt niesamowita, a życie zbyt kruche. Ale czy rzeczywiście istnieją ludzie idealni? A może to tylko sztuka potrafi tak opisywać brzydotę?
Przez lata wyrobiłem sobie odruch, że widząc coś, co wydawało mi się warte zapamiętania, w myślach tworzyłem tego portret. Dlatego w tej chwili pięknymi, nic nieznaczącymi słowami nakładałem puste nuty na ociekające płótno.
Wzdrygnąłem się na głos, który nagle wypełnił mój umysł i rozproszył moje myśli "uważasz, że jestem jej coś winien". Brzmiało to raczej jak stwierdzenie, niż pytanie. Przed oczami stanął mi obraz małej dziewczynki z kawałkiem metalu wystającego z krwawiącej klatki piersiowej. Moje nozdrza wypełnił zapach palonej skóry i włosów. Ledwo powstrzymałem odruch wymiotny.
Freyr przeszedł obok mnie i dotknął opuszkami ramy łóżka. Biła od niego bardzo dziwna, niewytłumaczalna aura, która wypełniała mnie strachem. Nie wiem dlaczego, ale pierwszy raz w życiu wcale nie czułem się bezpiecznie w jego otoczeniu.
"codzienne mnie o to prosi" - spojrzał na mnie tymi pustymi, bladoniebieskimi oczami - "przychodzi i meczy, bardziej niż inni. Zwłaszcza ostatnio jest wyjątkowo denerwująca i nachalna. Wiesz o tym, prawda. A ja nie mogę zrobić nic dla rozkładającej się duszy"
A jej brat?
Frey prawie parska śmiechem, jeśli można tak nazwać ten grymas twarzy. Patrzy na mnie z politowaniem. "akcje charytatywne?"
Dlaczego nie zrobisz tego dla mnie? - przechodzi mi przez myśl.
Uśmiecha się delikatnie. I patrzy na dziewczynę dziwnie głodnym wzrokiem. Cisza wypełniająca pokój jest zdecydowanie nieprzyjemna. Freyr wydaje się być teraz tak dziwnie odległy, niezrozumiały. Zimny. Prawie martwy.
"sugerujesz siebie..." Kąciki jego ust podniosły się delikatnie. Przeszedł mnie dreszcz. Moja skóra pokryła się gęsią skórką. Dziwiła mnie ta reakcja mojego ciała. "idź spać"
Moje powieki nagle stały się ciężkie, a umysł pusty. Nogi same zaprowadziły aż do łóżka. Nawet nie próbowałem zrozumieć, co się stało. Ścięło mnie kiedy tylko moja głowa dotknęła poduszki. W kilka sekund po prostu mnie nie było. Tak jakby nic się nie wydarzyło.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytelnicy