Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

26.11.16

Piekło, które spadło z Nieba_Rozdział 29

hmm... Aktualizowałam trochę ten rozdział ponieważ troszkę nieprofesjonalnie dodałam go bez głębszego sprawdzenia :)
*enjoy


"Pacjent miewa dziwne sny, przypominające prawdziwe wspomnienia, które jednak ze względu na nagłe zmiany miejsc i stref czasowych nie mają prawa być jego własnymi" - Freyr czytał to zdanie już prawdopodobnie po raz dziesiąty. W myślach rysował mapy, rozwidlenia, wybierał najlepsze ścieżki i skreślał te nieużyteczne. Zmarszczył brwi. Dłoń, w której trzymał kartki położył na podłodze zaraz za swoją głową. Spojrzał na swoje nogi, które jako jedyne spoczywały na kanapie. Skrzywił się na wspomnienie ilu chorych ludzi siedziało na niej tylko w przeciągu ostatnich siedmiu dni. Odłożył kartki na kanapę, zdjął z niej nogi i skulił się w sobie na drewnianej podłodze. Zamknął oczy i zaczął porządkować w pamięci całą wiedzę o pacjentach, którą pozyskał przez ostatni tydzień. Zawsze to robił. To było jak wchodzenie do domu pełnego starych szaf, odnajdywanie odpowiednich półek i układanie w nich odpowiednich akt. Ten sposób pracy był w pewnym stopniu jego słabością. Pochłaniał całą jego uwagę. Skupiał się się na tym zadaniu tak mocno, że nawet nie usłyszał skrzypnięcia otwieranych drzwi, ani cichego uderzania podeszew butów o podłogę, ani westchnięcia.
Freyr drgnął z zaskoczenia, kiedy delikatny materiał koca opadł na jego skulone ciało - akta z jednej półki rozsypały się po podłodze. Westchnął z frustracji. Po tylu latach, wciąż nie nauczył się zamykać drzwi pracowni. Otworzył oczy oczekując, że ukaże się im ładna, czerwonowłosa dyrektorka. Jakież było więc jego zdziwienie, kiedy ujrzał ciemowłosego mężczyznę.
Siedział po turecku na podłodze około 2 metrów od niego. Mężczyzna wyszczerzył zęby w ogromnym uśmiechu. W jednej chwili umysł Freyra zaczęła ogarniać złość. Zamknął oczy z powrotem. Teraz naprawdę żałował, że nie zamknął tych durnych drzwi. Szybko pozbył się niechcianych emocji, odcinając od siebie niespodziewany napływ wspomnień. Uśmiechnął się półgębkiem. Opatulił się mocniej kocem, zdając sobie sprawę, że w rzeczywistości jego ciało jest zmarznięte.
- Powinieneś przestać to robić na podłodze, jeśli nie chcesz się poważnie rozchorować. Przecież wiesz - po pokoju rozległ się bardzo cichy głos. Brzmiał bardzo ciepło i jeszcze bardziej uprzejmie.
Freyr powstrzymał się dreszczu. Dopiero teraz poczuł przytłaczającą aurę siły, jaka roznosiła się wokół mężczyzny. Otworzył oczy z powrotem. Czarnowłosy spróbował uśmiechnąć się jeszcze raz, ale jego mina po chwili zrzedła, pod ciężarem przeszywającego wzroku Freyra. Oczywiście mężczyzna wiedział, że mógłby być z łatwością stąd wykopany i wrzucony do piekła, gdzie należał, ale mimo wszystko pozostawał optymistycznie nastawiony. Nie po to tyle cierpiał, aby teraz się poddać. I tak czekał już za długo. O tak zdecydowanie za długo. W środku cieszył się jak dziecko, że ma kolejną okazję zobaczyć te przydługie włosy, złą posturę, okropnie chude ciało i nieuprzejme zachowanie. Te wspomnienia były dla niego na wagę złota. Starał się zapamiętać każde słowo, każdy ruch, każdą reakcję mężczyzny, którego tak uwielbiał. O tak... Był zdesperowany. Wydął dolną wargę jak dziecko. Wzrok Freyra zelżał, a jego oczy delikatnie się rozchmurzyły. "Potrzebuje Pan czegoś?" Nieznajomy przyłożył palec do brody i w zamyśleniu pogłaskał rosnące tam włosy. To pytanie sprawiło, że miał ochotę porwać mężczyznę siedzącego przed nim w ramiona, a potem przytulać go i całować, szeptać słowa o tym jak bardzo był samotny i jak bardzo teraz się cieszy, ale... Właśnie. Ale oczywiście nie mógł. Zostałby najprawdopodobniej postrzelony zanim zdążyłby zrobić krok w kierunku Freyra. Nie wiadomo, gdzie ten chłopiec chował broń. Zastanowił się wiec mocno nad słowami, które miał zaraz wypowiedzieć. Westchnął smutno poddając się wreszcie, opuścił głowę i zaczął się bawić swoimi palcami.
- Nie - odpowiedział wreszcie wciąż wesołym i ciepłym głosem - Chciałem cię tylko zobaczyć.
Podniósł głowę, aby zobaczyć reakcję Freyra. Ale to, co zobaczył, tylko utrzymało go w przekonaniu, że ten już nie jest jego.
Twarz Freyra nie zmieniła wyrazu nawet na ułamek sekundy, choć gdzieś głęboko w sobie poczuł promieniujące zimno. Patrzył w te tak znane oczy naprzeciwko, przypominając sobie, ze kiedyś spędził dobry kawał czasu starając się zrozumieć, co powoduje mutację tęczówki zwaną heterochromią. Potem wstał i przełożył materiały z kanapy do jednej z wysuwanych szafek biurka i zamknął ją na klucz, który potem wrzucił do kieszeni białego fartucha. Obejrzał się na mężczyznę. Jego głowa zwisała nisko. Tak bardzo teraz przypominał dziecko, że Freyr poczuł jak kąciki jego ust samowolnie się unoszą, choć doskonale wiedział, że wpadł w pułapkę. Coś w środku jego umysłu warczało, drapało i biegło do wyjścia. Podszedł blisko i przejechał dłonią po włosach mężczyzny. Ten krótki dotyk posłał dreszcze przez jego ciało. Głowa mężczyzny podniosła się, a smutne, różnokolorowe oczy rozświetliły w zdziwieniu. Freyr bez słowa odwrócił się i wyszedł. Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem. Mężczyzna skrzywił wargi w kwaśnym uśmiechu. Otworzył zaciskającą się pięść i obrócił w palcach klucz. Palcami drugiej dłoni przeczesał swoje gęste włosy.
- No, no Loki - zacmokał sam do siebie - Tyle lat pod powierzchnią a nie wyszedłeś z wprawy - Podniósł się na nogi i przyjrzał swojemu odbiciu w szybie okna, wypuścił z płuc roztrzęsiony oddech, po czym oblizał swoje wargi rozdwojonym językiem - Jestem dumny - mruknął a jego oczy zalśniły.
***
Pod powiekami widzę brąz. Taki niespotykany kolor brązu. Bardzo ciepły, ale dziwnie odległy. Potem pojawiają się dwie czarne plamki i obraz zalewa się bielą, pozostawiając oczy patrzące wprost na mnie. Z bieli wyłaniają się usta czerwone niczym soczyste jabłka. Wargi wykrzywiają się w pełnym uśmiechu i wszystko znika pod kolejną warstwą bieli. Biel powoli formuje się w ciało w pozycji embrionalnej. Czarne, długie włosy rozsypują się po nagich ramionach. Odwraca głowę w moją stronę. Jej oczy są jasno-niebieskie, a blade wargi uformowane w ładne "o". Czuję radość, kiedy słyszę jej śmiech. Potem kobieta znika pod warstwą czerni. Znikąd wyłania się ręką sięgająca w moją stronę, czuję jak zaciska się mi na szyi i marze mnie brudną farbą. Potem wychyla się twarz. Białe zęby połyskują w szaleńczym uśmiechu. Lodowate oczy są szeroko otwarte. "Co tu jeszcze robisz?".
Powoli podnoszę powieki. Na ustach igra mi delikatny uśmiech. "Co tu jeszcze robię, huh?" - śmieję się w duchu. Nie potrzebuję się odwracać, żeby wiedzieć, że te same brązowe oczy właśnie na mnie patrzą. Podnoszę się i siadam na łóżku. Przecieram oczy i ziewam.
- Dzień dobry - słyszę.
Posyłam Mattowi szeroki uśmiech. Stoi obok okna i wpatruje się w kopię samego siebie na obrazie.
- To ja, prawda?
Potakuję głową energicznie. Przygryzam wargę i uśmiecham się delikatnie. Oczy Matta na chwilę zmieniają się w półksiężyce, kiedy odwzajemnia uśmiech.
- Jest śliczny - mówi cicho - W sensie obraz, nie ja - dodaje po chwili z chichotem.
Otwieram usta i oddycham powoli. Chciałbym powiedzieć, że w tej chwili wygląda idealnie i że mam ochotę go malować za każdym razem, kiedy go widzę, a potem że coś pamiętam. Że przypomniał mi się ogień i że nie było żadnej szyby i że blizny na moim ciele i umyśle, ale... Mój oddech staje się ciężki. Zanoszę się głośnym kaszlem. Przez chwilę gardło zaciska mi się boleśnie, a w oczach stają łzy. Przyciskam dłoń do ust. Czuję dotyk na ramionach. Nagły atak się kończy równie szybko jak się zaczął. Otwieram oczy i zauważam, że na twarzy Matta maluje się zmieszanie. Zaciskam usta w cienką linię i odwracam głowę. Nie jestem już nawet zdziwiony, ale czuję złość na własne ciało. Wzdrygam się, kiedy nagle coś zimnego dotyka środka mojej dłoni. Spoglądam na Matta a ten uśmiecha się do mnie zaciskając moją dłoń. Podnosi głowę i ma zamiar coś powiedzieć, ale przerywa mu dźwięk otwierających się drzwi. Przez kilka chwil wszystko zamiera, kiedy mężczyźni w drzwiach mierzą Matta wzrokiem. W jednaj chwili Freyr robi krok do przodu, a Matt podnosi się. Nie znam mężczyzny stojącego w wejściu. Sposób, w jaki jest ubrany nie wskazuje na to, że mógłby być lekarzem. Zauważam, że musi się delikatnie uchylić wchodząc przez framugę drzwi, choć wcale nie jest na tyle wysoki, aby móc w nią uderzyć. Jest uśmiechnięty i ciekawie rozgląda się po pomieszczeniu różnokolorowymi oczami. Kiedy jego oczy wreszcie spoczywają na wyraźnie spiętej sylwetce Matta, mężczyzna donośnie klika językiem, uśmiecha się szeroko pokazując rząd białych zębów i rozkłada ręce, czekając na uścisk. Matt jednak mija go w wejściu szybkim krokiem nawet przez chwilę nie rozważając jego propozycji. Freyr podchodzi do mnie i ruchem dłonie kieruje abym usiadł na krańcu łóżka i rozpoczyna szybkie oględziny. A ja dalej obserwuję mężczyznę, kiedy ten splata ręce z tyłu i zaczyna nucić Adele pod nosem. Powoli przechadza się po pokoju. Podchodzi do okna, przez chwile wygląda przez nie, potem nachyla się delikatnie nad sztalugą i zaczyna z bliska przyglądać się mojemu dziełu. Gwiżdże z podziwem.
- Ty to namalowałeś? - Pyta ciepło z uśmiechem.
Potakuję.
- Woooooooaaaaaahhhhh - przeciąga głoski zabawnie - Jest naprawdę śliczne i jakie dokładne - dodaje rzucając mi uśmiech półgębkiem - Nie wiem jak zapamiętałeś te szczegóły, ale na pewno trochę to zajęło.
To stwierdzenie sprawia, że moją twarz oblewa coś w rodzaju rumieńca. Nie wiem czy mężczyzna powiedział to przypadkiem czy próbował zwrócić uwagę na obsesyjną stronę obrazu.
- Nie wychwyciłem twojego imienia? - Mówi wesoło przechadzając się w naszą stronę.
Ma bardzo specyficzny sposób chodzenia - zauważam. Stawia najpierw palce i z każdym krokiem nieznacznie ugina kolana, co sprawia, że prawie w ogóle nie słychać jego chodu. Wygląda to komicznie. Jakby cały czas próbował tańczyć. Przystaje przy krańcu łóżka i spogląda na wiszącą tam plakietkę.
- A - le - ksan - der - czyta powoli jakby delektował się brzmieniem mojego imienia - Aleksander - powtarza szybko z szerokim uśmiechem - Ahhhhh - mówi jakby sobie coś nagle przypomniał - Bo ty nie możesz mówić, prawda? - Pyta wydymając usta jak dziecko - Czy to z przyczyn psychicznych czy fizycznych czy w ogóle jakiś astralnych nie wiadomo co... To i tak straszne biorąc pod uwagę twoją chęć i zaangażowanie... - Zaczyna swój wywód splatając przedramiona na piersi i chodząc bez celu po pokoju, a ja momentalnie przestaję go słuchać.
Przez chwilę Freyr sprawdza mój puls, dotyka węzłów chłonnych na szyi, świeci latarką w oczy. Nic mi nie przekazuje, nawet dzień dobry nie usłyszałem. Zastanawiam się nad tym nietypowym spotkaniem. Próbuję wyczytać to z jego wyrazu twarzy, ale jedyne co wyczuwam to chłodny spokój, jak nigdy. Spuszczam wzrok.
Przed sobą widzę kucającego czarnowłosego mężczyznę. Jego palce są pokryte czarnym pyłem.
- Siarka - mówi rozcierając proszek - No może też trochę węgla - spogląda na Freyra z uśmiechem - No tak, ale oczywiście mi nie wierzysz? -  mówi radośnie. Patrzy na  mnie z uśmiechem -  Było na framudze drzwi. Wiesz, że najprawdopodobniej każdy z nas jest w jakimś sensie i stopniu opętany? - Pyta mnie radośnie, jakby był to najlżejszy temat na świecie - Ale taka siarka... To już coś znacznie poważniejszego - śmieje się, jakby miało mnie to jakoś pocieszyć.
"Dziwny" - myślę tylko patrząc na niego. Nikogo na świecie nie nazwałbym dziwnym, ale on wydaje się tu nie pasować i nawet nie starać się dopasować.
"Prawda?" - słyszę Freyra w głowie i przez chwilę mierzymy się wzrokiem, kiedy uśmiecham się do niego delikatnie, jego oczy na parę chwil stają się jaśniejsze.
Katem oka widzę, że drugi mężczyzna uśmiecha się do siebie patrząc na Freyra.
"Potrzebuję wykonać kilka badań".
Potakuję głową, a potem kieruję wzrok na przybysza i zastanawiam się skąd się wziął.
- Chcesz zobaczyć sztuczkę? - Pyta czarnowłosy.
Nie odpowiadam. Więc ten wyjmuje białą chusteczkę z tylnej kieszeni spodni i na chwilę zakrywa swoją dłoń, potem mnie chustkę i zaciska swoją dłoń z chustką w środku w pięść. Podnosi się z szerokim uśmiechem.
- Uwaga - mówi otwierając dłoń energicznie.
W jego dłoni nie zmieniło się nic - zauważam ze znudzeniem i podnoszę brew.
Uśmiecha się szeroko i wskazuje na moją dłoń. A ja ze zdziwieniem zauważam, że na wskazującym palcu znajduje się znany mi sygnet. Podnoszę wzrok. Uśmiecha się ruszając palcami i poruszając brwiami sugestywnie. Zdejmuję sygnet i odkładam go na stolik nocny. Zeskakuję z łóżka i czekam, aż Freyr otworzy drzwi, abyśmy mogli wyjść na zewnątrz. Kierując się do drzwi pracowni niebieskowłosego, staram się zapamiętać nazwy wszystkich mijanych pracowni. Kiedy siadam na kanapie, myślę nad sztuczką ze zmarszczonymi brwiami. Bez żadnych sprzeciwów pozwalam Freyrowi pobrać mi krew. Ten robi to szybko potem do mojego przedramienia przyciska wacik i oddala się, aby obejrzeć próbkę pod mikroskopem. Przez krótką chwilę przyglądam się mu.
Odwracam wzrok od pleców Freyra i przeciwstawiam się intensywnemu spojrzeniu brodatego mężczyzny, siedzącego na głównym biurku. Ten przez chwilę patrzy mi się w oczy ze zmarszczonymi brwiami i nad czymś się zastanawia, po czym uśmiecha się do mnie figlarnie. Robi zeza, a jego oczy niczym lampki choinkowe zaczynają po kolei zmieniać kolory. Uśmiecham się delikatnie, bo mu naprawdę ten zez nie pasuje. Po chwili nudzi mu się zabawa kolorami i znowu uśmiecha się do mnie, a wszystkie włosy na jego głowie nagle zamieniają się w płomienie. Potem podnosi palec przed oczy i sprawia, że na jego opuszce pojawia się niewielki płomyk. Po raz kolejny uśmiecha się do mnie i porusza zabawnie płomiennymi brwiami. W tym momencie uśmiecham się szeroko i czekam na dalsze rozwiniecie akcji. Wyciąga język z zamiarem polizania płomyka, kiedy słychać pstryknięcie palcami i jego włosy nagle wracają do normy. Powoli przenosi wzrok na Freyra, po czym chowa język i dmuchnięciem gasi swój palec. Freyr jest wyraźnie poirytowany, ale byłbym kłamcą, gdybym powiedział, ze kąciki jego ust nie były uniesione. Jestem zdumiony zauważając te wszystkie zmiany emocji na bladej twarzy niebieskowłosego. Mężczyzna siedzący na przeciwko mnie ma na niego ogromny wpływ. Nie wiem czy dobry czy zły. Przez chwilę w pracowni zapada głucha cisza. Przyglądam się pracującemu cicho Freyrowi.
Po chwili mężczyzna podnosi się znad mikroskopu i siada na ciężkim krześle. Przeciera oczy. Wygląda na zmęczonego. Aż serce mi się zaciska. Sięga do kieszeni płaszcza po coś, ale chyba nie znajduje czego szukał. Wraca z powrotem do siedzenia i patrzy intensywnie na mężczyznę siedzącego na jego biurku. Nie znałem wcześniej tego sposobu patrzenia, ale napełnia mnie to pewnego rodzaju strachem. Te oczy mogłyby wbijać sztylety. Wyciąga dłoń przed siebie. Mężczyzna powoli podnosi się i wyjmuje jakieś kluczyki z kieszeni i kładzie je powoli na otwartej dłoni Freyra.
- Drań - słyszę chrapliwy, bardzo cichy i głęboki głos Freyra i moja szczęka opada.
Moje ciało przechodzi dreszcz pod wpływem tego głosu, który przypomina tak bardzo warczenie, ale jeszcze bardziej przeraża mnie, że on się odezwał.
"Idź już, skontaktuję się z tobą jak przeprowadzę badania i uzgodnię, czy trening będzie dla ciebie dobrym rozwiązaniem w tej sytuacji" - słyszę jego normalny głos w swojej głowie.
Freyr przez cały czas patrzy w ten sam intensywny sposób na nieznajomego mężczyznę, który korzysta z okazji, aby się ulotnić i biorąc mnie pod ramię wyprowadza z pokoju. Drzwi zatrzaskują się za nami.
- Heeeee - słyszę głos czarnowłosego.
Odwracam się do niego i patrzę z pytaniem w oczach. Uśmiecha się do mnie słabo i wyciąga dłoń w moją stronę.
- Najwyższy czas abym się przedstawił, co? - Uśmiecha się pogodnie - Mów mi Lucyfer. Miło mi cię poznać - mówi a w jego oczach widzę płomień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytelnicy