Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

8.7.16

Piekło, które spadło z Nieba_Rozdział 28

Odsunąłem krzesło z zamiarem zajęcia miejsca, ale nie zrobiłem tego. W zamian  jeszcze raz przeszedłem się po pokoju sprawdzając, czy wszystkie okna i drzwi są na pewno zamknięte. Zatrzymałem się przy jednym, specyficznym oknie w kącie. Było wypełnione pięknym, kolorowym witrażem. Brązowowłosa dziewczyna siedziała tyłem na skalnej półce. Jej twarz zwrócona była do mnie bokiem. Jasna skóra, pełne, czerwone usta, na których grał tajemniczy uśmiech. Małe, całkowicie białe skrzydełka kusiły, aby sprawdzić czy są tak puchate, na jakie wyglądają. Uśmiechnąłem się, dotykając zimnej tafli szkła. Zakłamany świat wyobraźni. Już sięgałem, aby sprawdzić czy aby na pewno nie uda się tego okna otworzyć z zewnątrz, kiedy usłyszałem cichy trzask po drugiej stronie pokoju. Moim ciałem wstrząsną dreszcz. Odwróciłam się powoli i zamarłem w miejscu widząc, że drzwi powoli uchylają się wydając przy tym żałosny jęk. Koścista, trójpalczasta dłoń powoli otwierała je na oścież. Cholera. Znaleźli mnie już na pewno. Nie ucieknę. Rzuciłem się biegiem przed siebie i w ostatniej chwili schowałem pod stołem. Podłoga delikatnie uginała się i cichutko skrzypiała oznajmiając, że już tu są. Wchodzili powoli, sznurkiem, jeden za drugim, a ich pochód wydawał się nie mieć końca. Poszarpane, czarne, delikatne szaty generowały światło, zabierając całą nadzieję. Zatrzymywali się przy każdym obrazie, jakby udając, że rozumieją, że wiedzą, co one przedstawiają i sprawdzając czy to ten sam pokój, w którym mnie zamknęli. Po kolei otwierali wszystkie okna i wszystkie drzwi, a z każdego z nich wchodziło ich coraz więcej. Zamknąłem oczy zdając się tylko na zmysł słuchu: podłoga jęczała oznajmiając swą ostatnią wolę, szkło wybitych okien posępnie chrupało pod ciężarem ciał, który nie ważyły nic. Małe, niepojemne głowy, za duże oczy, zbyt długie, ostre dzioby, szaty delikatniejsze od pajęczej sieci i ciemniejsze od kruczych piór - kreacje, które nigdy nie dostały się na papier. Nagle w pokoju zrobiło się cicho. Otworzyłem oczy. Byłem całkowicie gdzie indziej. Z miejsca pod stołem nakrytym jasnozielonym obrusem widziałem tylko ciemne panele i puchaty złoty dywan. Usłyszałem ciche westchnięcie i dopiero teraz zauważyłem chłopca siedzącego obok mnie. Był skulony, zatykał dłońmi szczelnie uszy. Sięgnąłem aby go dotknąć, ale moja dłoń przez niego przeniknęła.
- Alek? - Usłyszałem delikatny, podniesiony kobiecy głos. Przed stołem zatrzymały się nagie stopy. - Gdzie się mogłeś schowałeś? - Tym razem głos był cichszy.
- Znalazłaś go? - Pojawił się drugi głos, tym razem głębszy i wyraźnie należący do mężczyzny.
- Nie jeszcze nie - odpowiedziała kobieta smutno.
Przed stołem zatrzymała się druga para nóg, tym razem te miały na sobie ciemne, ciężkie buty.
Mężczyzna westchnął i musiał pocałować kobietę w czubek głowy, bo słychać było wyraźne cmokniecie.
- Najwyżej dzisiaj mu odpuścimy, a pojedziemy jutro - oznajmił ten sam głos.
- Wiesz, że to nie chodzi tylko o niego - kobieta mówiła cicho. Wydawała się być bliska płaczu.
- Wiem, wiem - wyraźne starał się ją pocieszyć - Jeśli jest aż... - Reszta słów była rozproszona, a widok na chwilę się rozmazał.
Usłyszałem bicie mojego serca, ale nie "własnego", a chłopaka siedzącego obok. Spojrzałem na niego. Bicie wydawało się być arytmiczne i słabe. Chłopak nieznacznie skrzywił się i położył dłoń po lewej stronie klatki piersiowej. Po chwili wizja wróciła do normy, ale w pokoju nie było już dorosłych.
- Alek? Alek wiem, że tu jesteś. Już poszli, możesz wyjść - pojawił się za to nowy, dziewczęcy głos.
Po chwili pod stołem pojawiła się głowa o ciemnych, rozczochranych włosach i jasnych oczach. Dziewczynka uśmiechała się szeroko, w jej uzębieniu brakowało górnych kłów. Obróciła się, siadła obok brata i zmierzwiła mu włosy. Jego ciemne oczy zmierzyły ją buntowniczym spojrzeniem. Po chwili jego źrenice zwęziły się, wydał z siebie cichy syk.
- Powinieneś pojechać do szpitala, wiesz o tym, prawda? - Spytała.
- Nie lubię szpitali - próbował odpowiedzieć hardo, ale w połowie stracił oddech, krzywiąc się.
Wizja znów się rozmazała i znów usłyszałem bicie serca. Poczułem jak wszystko wokół mnie znika, nawet stół, pod którym siedziałem, ale nie zmieniłem pozycji. Wciąż siedziałem na podłodze, obejmując ramionami kolana.
- Nie rozumiem - mruknąłem.
"Nie rozumiesz, czy może nie chcesz rozumieć?" - Spytał.
Podniosłem na niego wzrok. Stał przede mną, wciąż z tą pomarańczową bluzą i kapturem na głowie, i wciąż z za długimi, niebieskimi włosami, wystającymi niesfornie spod materiału. Spojrzałem prosto w czyste niebo jego oczu. Podniosłem się, otrzepując spodnie. Nie spieszyłem się z odpowiedzią. Rozejrzałem się po "pomieszczeniu" a raczej niczym niewypełnioną przestrzenią bieli. Gdybym chciał, mógłbym nas przenieść w góry, morze, łąkę, gdziekolwiek, byle daleko od tej chorobliwej bieli.
- Nie wiem - odpowiedziałem wreszcie.
"Nadal nie wiesz jak je rozróżnić? Czy tu jest problem?" - Mówił rzeczowym tonem, niczego nie wymuszał, ale oczekiwał celnych odpowiedzi, chociaż wszystkie je znał.
Nie odpowiedziałem. Tym razem on usiadł. "Prawdziwe wspomnienia nigdy do końca nie będą wyraźne" - ostrożnie znów zaczął swój wykład - "Zobaczysz je tylko z jednej perspektywy, nie będziesz wszystkowiedzący, będą momenty całkowicie zamazane, za to nieprawdziwe będziesz pamiętał doskonale w szczegółach. Wiem, że to mylące, ale jeśli nad tym pomyślisz to ma sens".
Skończył mówić, kiedy ja kończyłem już formować wilka z białej, gliniastej ziemi.
- Źle się czuję. - Mówię po paru minutach ciszy - Kończmy już na dziś.
Jego usta są zaciśnięte w wąską linię, a na czole formują się dwie zmarszczki informujące mnie o jego zmartwieniu, kiedy odpowiada - "Dobrze". Wstaje i łapie mnie za nadgarstek. Pozwalam małej figurce wypaść z mojej dłoni i rozbić się w pył na twardej powierzchni.
Wszystko wokół się zmienia i zaraz znajduję się w małym gabinecie, leżąc na tej samej kanapie. Mrugam kilka razy próbując przyzwyczaić się do jasności pomieszczenia.
"Nie musisz jeszcze wstawać. Mamy jeszcze dokładnie pół godziny do końca sesji. Jak zawsze" - usłyszałem. Brzmiał jakby był pod wrażeniem, że zawsze zostaje tyle samo czasu. Uśmiechnąłem się do niego bezwiednie. Wstałem i podszedłem do jego biurka. Nigdy tego nie robiłem, zazwyczaj po prostu przesypiałem kolejne pół godziny. Kiedy się budziłem, w gabinecie było pusto. Wyjąłem z jego reki ciężkie pióro, którym coś zapisywał. Zmarszczył brwi, ale nie oderwał wzroku od monitora komputera, na którym coś oglądał. Zawsze coś robił. Nigdy nie skupiał się tylko na jednej rzeczy. Zaszedłem powoli od tyłu jego krzesło i delikatnie je odsunąłem, na taką odległość, aby nie dostawał do klawiatury. Westchnął bezgłośnie i przewrócił oczami, niczym wprawny ojciec, mąż i głowa rodziny, ale niczego nie zrobił. "Co chcesz?" W zamian uśmiechnąłem się jeszcze raz i zrobiłem coś, czego bym się nie spodziewał nawet sam po sobie. Objąłem jego szyję ramionami i położyłem podbródek na jego ramieniu. "Alek muszę wracać do pracy" - brzmiało to wyraźnie jako ostrzeżenie. Zamknąłem oczy. Nie poruszył się, więc zrobiłem kolejny krok do przodu: pocałowałem go w szyję. Nawet nie wiem jaki miałem w tym wszystkim cel. Chyba po prostu wspomnienia obudziły we mnie chłopaka, który w moim wieku powinien się dobrze bawić i wszystkiego próbować, a nie gnić w szpitalu. Zdałem sobie sprawę z tego, że popełniam błąd, kiedy już krzesło zamaszyście odwróciło się, a ja jakimś cudem znalazłem się na kolanach Freyra, moje usta w odległości pięć centymetrów od jego. W pierwszej chwili zalała mnie fala gorąca z powodu jednej z jego dłoni zaciskającej się na moim udzie, a drugiej na prawym nadgarstku. Jego brwi były uniesione wyzywająco, a jego oczy całkowicie puste, ciemne, bezdenne, jakby mówił: gdzie się podziała cała pewność siebie? Nawet teraz nade mną górował. Odsunąłem się na tyle na ile pozwalały mi jego ręce i spróbowałem się wyrwać. Był naprawdę silny, nie spodziewałbym się tego po tak krucho wyglądającym ciele. Uśmiechnął się drwiąco przekrzywiając głowę w bok. Nagle drzwi do pokoju otworzyły się zamaszyście. Weszła Gloria, a jej usta niemal od razu wygięły się w szerokim uśmiechu, na biurko Freyra rzuciła jakąś teczkę, zacząłem się ponownie wyrywać.
- Widzę, że przerywam - powiedziała wesoło.
Freyr posłał jej szczerze rozbawione spojrzenie i paskudny uśmiech. Jego oczy nagle przyjęły kolor letniego nieba. Poruszył brwiami sugestywnie. Musiał coś jej przekazać, bo ta parsknęła śmiechem kręcą głową na boki. Wreszcie mnie puścił. Byłem zażenowany, a fakt, że wylądowałem na podłodze nie pomagał. Wstałem otrzepując się i skierowałem do wyjścia. Freyr odkręcił krzesło, wziął do ręki akta i przejrzał je szybko.
- Alek zaczekaj chwilę na mnie - powiedziała Gloria z profesjonalnym uśmiechem.
Stanąłem w drzwiach i spuściłem głowę.
"Przerwa na kawę, za piętnaście u Ciebie?" - Freyr pozwolił, aby ta informacja dotarła też do mnie, choć pytał kobietę.
- Jasne - powiedziała otwierając jedną z szuflad jego biurka - Ale spróbuj się spóźnić, albo nie przyjść to wyślę po ciebie oddziały SWAT-u. - Wyjęła coś niewielkiego i włożyła do kieszeni białego płaszcza.
Niebieskowłosy wstał, przeciągnął się i mrugnął do niej, po czym wziął akta pod pachę ruszył do wyjścia. W drzwiach zmierzwił mi włosy dłonią. Cały czas uśmiechał się szeroko. Widocznie moje zachowanie musiało go bardzo rozbawić.
- No ładnie, ładnie - słyszę - Wyrywasz mi najlepszych lekarzy, kiedy nie patrzę, hm? - Spytała Gloria z zawadiackim uśmiechem.
Rzuciłem jej tylko naburmuszone spojrzenie spode łba. Już mi przeszła ochota na eksperymentowanie. Ruszyłem przed siebie, usłyszałem jej śmiech. Dobiegła do mnie szybko.
- Oj przecież żartuję - wysunęła dolna wargę, zwolniłem - Tylko cieszę widząc go takim szczęśliwym - Idziemy korytarzem bez jakiegokolwiek celu - Wiesz, gdybyś się tu nie pojawił pewnie by zwariował - zwalniam jeszcze bardziej i patrzę na nią zdumionym wzrokiem - Jak to on sam mi często powtarza: "geniusza i psychopatę różni tylko taktyka". A jesteś pierwszym 'ciekawym' przypadkiem od jakiegoś roku czy więcej. A on jest najbardziej wszechstronnie utalentowanym człowiekiem jakiego znam - rzucam jej spojrzenie w stylu "zauważyłem", uśmiecha się - ale szybko się nudzi i ma słomiany zapał. Jest gorszy od dziecka. - Zatrzymujemy się przed moim pokojem.
Wyciągam karteczkę z tylnej kieszeni i piszę powoli: PUENTA? i podaję jej ją.
Gloria uśmiecha się szeroko i mruży oczy.
- Właśnie. Podobno lepiej się czujesz  i zaczynasz nad sobą panować.  Freyr mówi, że zrobiłeś ogromne postępy i chyba nawet znalazł źródło problemu - wskazuje na moje gardło - ale żeby z tego wyjść cało będziesz potrzebował czegoś do odreagowania. Więc - robi niewielką pauzę - pomyślałam, że może chciałbyś wrócić do wysiłku fizycznego? - Moje oczy rozświetlają się na jej słowa, Gloria uśmiecha się - Mam to dzisiaj z nim dokładnie omówić. Mogę ci załatwić na początek półtorej godziny dwa razy w tygodniu. To mało - wiem, ale jeśli będzie pomagać to zwiększę liczbę godzin.
Z mojego gardła wydobywa się odgłos przypominający zgrzyt. Pochylam się i na niewielkiej karteczce kaligraficznymi literami piszę wielkie DZIĘKUJĘ. Podaję jej ją i pokazuję wszystkie zęby w szczerym, szerokim uśmiechu. Kobieta w odpowiedzi parska cicho śmiechem i odwzajemnia uśmiech.
- Idź na kolację - mówi czochrając mi krótkie włosy - No już, bo się spóźnisz! - Ponagla mnie.
Odwracam się, wchodzę na salę główną pacjentów, prawie od razu znajduje mnie Clementine.
- Cześć - macha mi dłonią przed twarzą, odpowiadam jej uśmiechem - Też  będziesz miał ćwiczenia, prawda? - Wali prosto z mostu, prowadząc nas do stolika.
Zdziwienie musi być wyraźne na mojej twarzy, bo dziewczyna otwiera szeroko oczy i śmieje się jak to ma w zwyczaju, kiedy uda się jej kogoś zadziwić.
- Marta mi powiedziała - Rozgląda się i przybliża nieznacznie, uśmiech z jej ust całkowicie znika i mówi całkowicie poważnie - Powiedziała też, że miałeś wpadkę z lekarzem - Potem się odsuwa się, a jej niemożliwie szeroki uśmiech powraca - I że do zrobienia dzisiejszego deseru użyli martwych szczurów, na których eksperymentują - Pokiwała poważnie głową, a na moich ramionach stanęły włoski. - Hmmm chociaż po zastanowieniu się, to ostatnie mogłam sobie wymyślić - mówi mi poufnym głosem - Cześć Malcolm - prawie krzyczy, kiedy cichy, niski chłopak o rudych włosach podchodzi do naszego stolika i siada po mojej prawej w lekkim oddaleniu. Kiwam mu głową.
- Cześć - uśmiecha się do nas nieśmiało. W dłoniach trzyma sznurek, który cały czas nerwowo ściska. Poznałem go tydzień temu dzięki Clemi. Jego prawe oko było zasłonięte czarną opaską, a lewe miało piękny kolor trawy.
- On też zaczyna trening - chwali się mi Clemi, a chłopak nie wydaje się być ani trochę zaskoczony.
Podchodzi do nas pielęgniarka, która oznajmia, że zraz przyniesie kolację, nastaje chwilowa cisza. Nagle znikąd do stolika dosiada się Aki. Marszczę brwi zastanawiając się jakim cudem on się pałęta po wszystkich piętrach. Chłopak uśmiecha się do mnie półgębkiem, jakby wiedząc, co mam na myśli.
- Cześć kochasie - mówi wesoło, a potem zaczyna szybką wymianę zdań z Clementine w niczego nieprzypominającym języku. Uśmiecha się, klepie ją po ramieniu i znika tak szybko jak się pojawił.
Marszczę brwi, a Clemi tylko wzrusza ramionami. Na parę minut nastaje cisza, dzięki której mam czas, aby rozejrzeć się dookoła. Te wszystkie sesje i leki naprawdę pomagają, bo zaczynam wracać do siebie, być ciekawym świata. "Jadalnia" jest całkiem dużym, okrągłym pomieszczeniem, które kiedyś najprawdopodobniej służyło za bawialnię. Ma wąskie, wysokie okna, za którymi umieszczone są lampy, jako że znajduje się pod ziemią, ale do złudzenia przypominają one wesołe światło dzienne w środku pięknego słonecznego dnia. Ramy okien są pozłacane i cały pokój jest utrzymany w kolorach żółtych i brązowych, przez co wydaje się być bardzo ciepły i przytulny. W sali stoi niezliczona ilość prostokątnych stolików, a przy każdym z nich po sześć krzeseł. Sufit jest biały i nie widać na nim żadnych oznak wilgoci ani pleśni. Cały ten pokój przywodzi mi myśl jakieś stare wspomnienie wielkiej sali i ogromnego kryształowego żyrandola. Przez piękne, wielkie okna wpadają prawdziwe złote promienie słoneczne. Po prawo, na podium stoi grupa skrzypków, a spod ich smyczków wydobywają się urokliwe dźwięki jakiejś nieznanej mi melodii. Zaraz obok nich stoi wielkie, piękne pianino, aż świerzbią mnie palce, aby dotknąć tych delikatnych klawiszy. Melodia ucicha i rozlegają się gromkie brawa. Ktoś coś mówi przez mikrofon i na podium wchodzi kolejna osoba. Ta postać jest całkowicie rozmazana, ale czuję dziwną radość i ciepło rozchodzące się od serca po całym ciele. Złote kosmyki włosów mężczyzny połyskują w świetle, kiedy zasiada przed pianinem i zaczyna grać. Dookoła w niewielkich grupach stoi dużo ludzi. Piękne panie w wytwornych sukniach i przystojni panowie w czarnych frakach - przypominają pingwinów. Jestem niski i przedzieram się pomiędzy ludźmi niczym pomiędzy gęstymi krzewami. Nikt z nich nie ma twarzy, ale dookoła rozlegają się śmiechy i ta piękna melodia. A potem wszystko staje w płomieniach. Próbuję się schować pod jakimś stołem, może jakimś biurkiem. Wszędzie rozlegają się krzyki, ktoś płacze, coś ciężkiego upada na podłogę. Jakieś dziecko krzyczy, a ten krzyk pozbawia mnie oddechu. Wszystko na chwilę się rozmazuje. Słyszę arytmiczne bicie serca i czuję ból w klatce piersiowej. Czyjś szloch staje się coraz głośniejszy. Aż wreszcie zdaję sobie sprawę, że to mój własny przerażony płacz.
- Alek? - Clemi cicho wymawia moje imię i trzymając za ramię delikatnie nim potrząsa.
Podnoszę na nią przerażone oczy o rozszerzonych źrenicach.
- Odpłynąłeś nam na chwilę - mówi delikatnie zerkając na stojącą obok pielęgniarkę, po czym się uśmiecha.
Malcolm patrzy na mnie zmartwionym wzrokiem.
Strząsam jej dłoń z ramienia i na kartce piszę "Nie jestem głodny". Podnoszę się, odwracam od stołu i zaczynam iść przed siebie.
- Dobrze - słyszę za plecami - Marta mówi dobranoc! - Krzyczy za mną Clemi.
Idę do łazienki i staję przed lustrem. Opieram dłonie na umywalce i przez chwilę mierzę się chłodnym spojrzeniem. Po chwili zdejmuję bluzkę i patrzę na swoje ramiona i chude ciało. Powoli się odwracam, przyglądam się swoim łopatkom i linii kręgosłupa. Szybko znajduję to, czego szukałem. Przez na wpół przymknięte powieki patrzę na dwie, długie blizny po poparzeniach, ciągnące się od łopatek, aż po końca żeber. Można by je porównać do skrzydeł, tyle że bardziej przypominają jakby coś porządnie podrapało mnie pazurami. Delikatnie przebiegam po nich palcami rozumiejąc, że to co widziałem było prawdziwym wspomnieniem, które wreszcie się odblokowało. Nie rozumiem go do końca, bo kryształowej sali nie ma w instytucie, w którym mieszkamy. Przed oczami na chwilę stają mi jeszcze raz te wszystkie obrazy. Znów opieram się o umywalkę. Ale tylko to jedno wspomnienie same w sobie wygląda jak jakiś skrawek filmu wyrwany z kontekstu. Otwieram oczy i pierwsze co, a raczej kogo widzę to Matta. Stoi w wejściu, jakby pytając czy potrzebuję jakiejś pomocy. Przez chwilę przyjmuję wzrokiem całą jego postać. Ładne, uważne oczy, spokojne spojrzenie, usta o kącikach zakrzywionych do góry, szerokie barki, wystające obojczyki, chude biodra. Staram się zapamiętać jak najwięcej. Potem odwracam się z powrotem do lustra, myję twarz, zakładam bluzkę i wychodzę, mijając go w drzwiach. Nie zatrzymuje mnie, ani nie idzie za mną do pokoju. Nie widzę go, kiedy zamykam drzwi. Podchodzę do okna, podnoszę białe płótno i układam je na sztaludze, potem mieszam farby i przenoszę każdy zapamiętany szczegół na materiał. Godzinę później odwiedza mnie pielęgniarka, daje jakieś leki, chwali obraz, nakłania do pójścia spać. Przez długie godziny leżę w łóżku, przyglądając się schnącej farbie na bladych policzkach i złotym świetle, które załamało się pomiędzy kryształowymi włosami. Staram się nacieszyć widokiem delikatnego uśmiechu, grającego na tajemniczych ustach. Odległa melodia, dyktowana przez moją podświadomość pozwala mi zapaść w sen o ładnych oczach i wystających obojczykach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytelnicy