Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

18.2.16

Piekło, które spadło z Nieba_Rozdział 26

Hmmmm... Dobrze :) Mam nadzieję, ze wesoło spędziliście walentynki ;)

*enjoy



- O bracie? - Przekręcam głowę w bok z niezrozumieniem.
"Pozwól, że coś ci pokarzę" Odwraca monitor w moją stronę i włącza jakieś wideo. Zamknięta sala, ściany obite białym materacem, postać ubrana jedynie w kaftan bezpieczeństwa, coś mówi, jej nagie stopy są sine. Odpycha się od podłogi, patrzy przed siebie, śmieje się, płacze, rzuca, wciąż wykrzykuje jedno słowo. "To ty" wskazuje palcem postać "Dwa tygodnie temu" Kręcę głową na boki, bo postawiłem sobie ultimatum. "Kiedy nie daliśmy ci narkotyku" Nie ma pamięci, nie ma problemów. "Wiem, że odciąłeś od siebie wydarzenia z przeszłości" znów kręcę głową "Alek, jestem pod twoją głową. Nie oszukasz mnie, ani samego siebie. Odcinanie się od problemów nic nie daje uwierz mi" Odsuwam się jak najdalej, aż w końcu spadam z krzesła. Staram się nie patrzeć mu w oczy. Zaciskam powieki, ale nie jestem wstanie wyprzeć go ze swoich myśli, go i jego spokojnego głosu. "Daj sobie pomóc" Łapie mnie za nadgarstki i stara się mnie podnieść. "Uspokój się" Kręcę głową jeszcze mocniej. Czuję jak się zapadam, nie chcę pomocy, nie chcę tego zmieniać, chociaż nie mogę tego znieść. Tak jest dobrze - usilnie powtarzam sobie, tak jest dobrze. Oddycham głęboko i nie mogę złapać powietrza, duszę się. Krzyczę, ale moje gardło jest zbyt ściśnięte, aby wydać jakiś dźwięk. Słyszę trzask drzwi, ktoś mnie mocno łapie za ramię i podnosi, zimny metal dotyka mojego przedramienia, czuję ukłucie na szyi. Ramiona nie puszczają mnie. Jeszcze przez chwilę wierzgam nogami, potem przestaję je czuć. Moje ciało staje się otępiałe, moje ruchy niezdarne. Tracę panowanie. Znowu.
Budzę się, a równomierny pisk rozchodzi się głuchym echem po pokoju. Ciepła dłoń na chwilę zamiera na moim czole, ale potem znów wraca do delikatnego gładzenia włosów.
- Mamo? - z moich spierzchnietych ust wydobywa się cichy, zachrypły głos - Mamo, przepraszam... - spod zamkniętych powiek wypływają łzy.
- Nie, Alek nie płacz - palce ocierają łzy - Dlaczego płaczesz? - szept kobiety jest nie do opisania.
Pierwsze co dostrzegam to jej stalowe włosy, blada, pozszywana skóra i długie kości wyrastające z pleców.
- Nie chcę - jęk opuszcza moje płuca, kiedy zdaję sobie sprawę, kim jest. Serce bije szybciej, a czas biegnie niczym galopujący czarny koń. Na jego pysku toczy się piana, a cielsko oblane jest potem. Jego zapach jest ostry. Dziewczyna uśmiecha się, jej czarne oczy są puste. Czarny szkielet kości drży niczym z zimna, a jej ręka jest nagle lodowata, ale to nie ona zaciska się na moim nadgarstku. To są moje demony. Jak tu walczyć, kiedy jedyne czym jesteś to oddychającą rośliną.
Otwieram oczy. Białe włosy połyskują w świetle księżyca, długie palce głaszczą moje przedramię.
- Nie mogę - szepczę powoli. Nawet oddychanie jest bolesne.
Różowe, pełne usta wyginają się w delikatnym uśmiechu.
- Nie ma się co spieszyć. - Mówi spokojnie.
Nie widziałem go już dłuższy czas. Ostatni raz jakieś dziesięć obrazów temu, bo liczę czas w obrazach. Ale on nie jest jedyną osobą w pokoju. Jest ich dużo, o wiele za dużo. Długie, ostre dzioby połyskują złowieszczo. Wielkie puste oczy patrzą z  wytrzeszczem zainteresowane. Czy to już czas? Ile jeszcze przyjdzie nam czekać.
- Alek. - Matt trzyma moją twarz w swoich dłoniach, dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że mówię to na głos. - Ich tu nie ma. - Moja twarz robi się czerwona. - Nigdy nie było. - Głaszcze moje policzki kciukami - Nie wierzysz mi? - Pyta cicho, coś się we mnie gotuje, kiedy słyszę ten głos - Otwórz oczy - szepcze owiewając moja twarz gorącym podmuchem, niczym jakim zaklęciem.

***

Przestali mnie trzymać w kompletnie zamkniętym pomieszczeniu. Nic to im to nie dało - staram się uspokoić swoje postrzępione myśli. Nie wiem, co dokładnie przedstawiały obrazy, Tego się najbardziej boję. Przecież mają je wszystkie. Panikuję. To była jedyna pomoc jaką mi zaoferowali, która naprawdę działała. Niewiedza. Nieważne ile razy na nie patrzyłem, ile razy starałem się umieścić linie w umyśle i złożyć je w całość, to było coś nie do pokonania. Jak jakaś bariera, kompletnie niezauważalna. Denerwowało mnie to jeszcze bardziej. Chodziłem coraz szybciej raz w jedną stronę to w drugą, obok okna. Mają moje notatki, obrazy, nagrania. Jeśli powiedziałem, napisałem, pokazałem coś, co moja osoba ukrywa... Przecież nawet ja o tym nie wiem. Nie mam żadnego pojęcia kim jestem, co robiłem w przeszłości. Siadam na łóżku. Moje usta opuszcza pełen cierpienia i oburzenia jęk. Kryję twarz w dłoniach. Muszę się dowiedzieć. Muszę przed nimi. Rozpacz mnie dopada. Głęboki wdech i wydech - myślę - Wszystko będzie dobrze. Tak mówił doktor. Głęboki wdech… Drzwi do mojego pokoju otwierają się delikatnie i ukazują pielęgniarkę - nie jej się spodziewałem. Dziewczyna śmieje się cicho i zaraz za nią wchodzi białowłosy. Wypuszczam powietrze z płuc. Wszystko będzie dobrze - myślę, ale łzy zbierają się w kącikach moich oczu. Narkotyki myślę tylko, kiedy kobieta podchodzi do mnie i mówi jakieś nieważne rzeczy, potem podaje mi tabletki. Za mało. Obserwuję Matta jak podchodzi do okna i opiera się o nie, potem zagaduje wesołym tonem pielęgniarkę. Czuję zazdrość, która popycha mnie do wyrzucenia tacki w powietrze, którą trzyma dziewczyna, aby tylko zwrócić na siebie uwagę. Widzę jak jej twarz zmienia sie nagle z wesołej na wzburzoną. Mówi do mnie kilka niemiłych słów. Patrzę na nią spode łba, obserwuję jak wychodzi.
- Alek - słyszę ciche powitanie.
Rzucam mu gniewne spojrzenie i odwracam się do ściany. Wiem zachowuję się jak nastolatka. Jestem zdesperowany.
- Alek, Alek - powtarza wyraźnie rozbawiony. Czuję jak ciężka dłoń o długich delikatnych palcach spada na moją głowę i potem lekko gładzi włosy - Jesteś zazdrosny, naprawdę? - Nawet nie patrząc na niego, wiem że się uśmiecha. Zdecydowanie nade mną góruje.
Kiedy nic nie odpowiadam, zabiera dłoń i siada obok na łóżku w lustrzanej pozycji co moja i nie odzywa się. Odwracam się wreszcie i dzióbię go lekko w plecy. Nie porusza się nawet, po kilku próbach tracę cierpliwość i wymierzam mu delikatny cios w ramię, a moje usta opuszcza cichy jęk. Słyszę jak prycha cicho, po czym odwraca wreszcie.
- Nadal nie możesz nic powiedzieć? - Pyta wreszcie.
Macham głową przecząco, a moje oczy zaczynają się szklić. Przeklęte tabletki, które sprawiają tą niestabilność emocjonalną. Matt uśmiecha się lekko, po czym gładzi mnie dłonią po plecach. Wstaję uciekając przed jego dotykiem. Nie chcę być słaby. Wzdycha lekko, po czym się przeciąga. Podchodzę szybko do szafki przypominając sobie nagle pytania, którymi zaprzątałem sobie głowę przez ostatnie dwa tygodnie. Wyciągam długopis i plik kartek. Powoli piszę na nich pytania. Podaję je Mattowi. Ten mruży oczy delikatnie.
- Alek - mówi zdecydowanie zdziwiony - Nie jesteś mordercą - Podnosi na mnie wzrok - Nie wiem skąd mogło ci to w ogóle przyjść na myśl. Żaden z obrazów, ani notatek na to wskazuje. Obrazy są śliczne, uwierz mi, ale jedyne co przedstawiają to emocje i przedmioty, które były dla ciebie najprawdopodobniej symboliczne. Nie da się z nich niczego konkretnego wyczytać. - Patrzę na niego uważnie - A notatki to tylko plik niezdarnie złożonych wyrazów. Niemożliwe abyśmy my wyciągnęli z nich jakikolwiek sens. Dla ciebie coś znaczą owszem, ale dla normalnego czytelnika to tylko przypadkowo ustawione słowa. Rozumiem, że ty nic z nich nie pamiętasz? - Pyta cicho. Znów zaprzeczam - Rozumiem, ale żeby od razu posądzać się o coś takiego? - Kręci głową, po czym wstaje - Dobrze. Chodź - podchodzi do drzwi - Jest parę nowych zasad, które, będą cię obowiązywać, jeśli chcesz samodzielnie opuszczać ten pokój i porozumiewać się z innymi pacjentami.
Podchodzę do niego i zmuszam się do spojrzenia mu w oczy. Są dzisiaj jasnobrązowe z pomarańczową obwódką. Uśmiecha się sie do mnie i czochra mi włosy dłonią.
- Bedzie dobrze - zapewnia - Uśmiechnij się.
Kąciki moich ust podnoszą się na parę chwil, ale potem samoistnie opadają, nawet kiedy staram się tak bardzo utrzymać je na miejscu. Wzdycham. Jakby to zależało ode mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytelnicy