Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

24.8.15

Piekło, które spadło z Nieba_Rozdział 24

enjoy*

Szarawy kolor pomieszczenia, w którym się znajduję mnie przytłacza. Światło znajdujące się tuż nad moim brzuchem jest mętne i charakteryzuje się brudnym, żółtym kolorem. Powietrze jest ziemiste, prawie ciężkie. To, na czym leżę wydaje się być twarde, niewygodne i zimne, ale nie przeszkadza mi to. Mój umysł jest zbyt otępiały abym zwracał na to jakąkolwiek uwagę. 
Leżę tu od kilkunastu godzin, może kilku dni. Wciąż wpatruję się w sufit i próbuję odgadnąć jego kolor. Nie wiem, co się stało, wiem, że kiedy sobie przypomnę, wcale nie będę szczęśliwy. Nie czuję głodu, chociaż mój żołądek głośno daje o sobie znać. Teraz dopiero zdaję sobie sprawę z tego, że jestem nagi, ale mimo to nie próbuję się poruszyć. Wyobrażam sobie, że na dużym palcu mojej, prawej stopy jest zawieszona karteczka z moim imieniem, nazwiskiem, wiekiem, datą śmierci. Jednak nie czuję, aby było tam cokolwiek zawieszone. 
Nie czuję nic oprócz rytmicznego bicia własnego serca. Ale to chyba dobrze. Przecież w końcu jestem tylko kupą nic nie wartych mięśni, kości, nerwów, stawów... Aż wreszcie jestem tylko maleńkim człowieczkiem pośród ogromu świata, jaki mnie otacza. Stwierdzam tylko fakty. Takie same jak to, że moja klatka piersiowa miarowo się unosi i będzie się unosić, nawet jeśli postaram się udusić, wstrzymując oddech godzinami, albo to, że sufit jest brudno herbaciany, a samo pomieszczenie złudnie przypomina prosektorium.
Mija następnych kilka godzin przyjemnej niewiedzy, kiedy wreszcie coś przestawia się w moim umyśle, kiedy rodzi się tam pewna myśl, do której wykonania zmusza mnie ciekawość. Powoli podnoszę się do siadu i dokładniej obserwuję okolicę. Pierwszy raz w życiu, nieświadomie używam daru, dzięki któremu mój wzrok się wyostrza i dzięki niemu mogę poznać wyposażenie tego pokoju nawet bez ruszania się z miejsca. Mój wzrok przykuwają tylko dwie rzeczy. 
Stolik z ostrymi narzędziami przede mną i wieszaki z białymi fartuchami za mną. Ociągając się zwieszam nogi ze stalowego stołu i powoli stawiam stopy na podłodze. Dociera to do mnie dopiero, kiedy na barkach  czuję szorstki materiał ubrania. Powoli zwieszam wzrok na swoje stopy i jakie jest moje zdziwienie, kiedy czuję zimno promieniujące od posadzki. Moje usta rozszerzają się w głupim uśmiechu. Robię krok przed siebie i słyszę jak po pomieszczeniu rozchodzi się mój własny śmiech. Odgłos brzmi jakoś tak obco, ale cieszę się jak dziecko.
- Ja chodzę - słowa opuszczają moje usta bezwiednie, a oczy zachodzą łzami szczęścia.
Ktoś wchodzi do pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi. Podnoszę wzrok i zauważam Matta.
- Ja chodzę! - Powtarzam patrząc na niego z wielkim uśmiechem.
Jestem taki szczęśliwy. Patrzę na jego twarz i na leciuteńki uśmiech formujący się na jego ustach, kiedy obserwuje mnie. Ruszam nagle z miejsca i czuję jak potykam się o własne stopy. W ostatniej chwili łapie mnie za nadgarstek, ale tylko pociągam go ze sobą na podłogę. Śmieję się jeszcze głośniej kładąc głowę na posadzce i zamykam oczy. Czuję jak siada na moim brzuchu. Otwieram oczy i łzy spływają mi po policzkach. Patrzy na mnie i naprawdę się uśmiecha. Podnoszę się do siadu i przytulam do niego mocno.
- Nie sądziłem, że będę kiedykolwiek jeszcze chodził - mówię wtulając się w jego koszulę.
Jego ramiona powoli zaciskają się wokół mnie. Wzdycham zapach palonego cukru i czuję się tak szczęśliwy jak nigdy. Jego palce powoli błądzą po moich plecach.
- Powinieneś jeszcze uważać, rany się nie zagoiły do końca - jego głos jest delikatny i bardzo znajomy, i jest jedyny który działa jak klucz na moją pamięć.
"My... Fair... Lady..."
Moje mięśnie tężeją, kiedy przed oczami widzę znów wszystkie te wydarzenia. W jednej chwili spycham go z siebie, wstaję, przewracając stolik z narzędziami i podnoszę jakiś skalpel. Mierzę nim przed siebie.
- Nie zbliżaj się - staram się mówić pewnie, ale mój głos łamie się pod koniec.
Siedzi tylko na podłodze w ciszy i po chwili powoli podnosi dłonie do góry. Jego oczy ciemne i smutne i patrzą prosto na mnie. Robię krok do tyłu i dłonią zaciśniętą w pięć uderzam w przycisk alarmowy. Zraszacze włączają się nagle, żarówka lampy rozpryskuje się pod wpływem zimnej wody. W pokoju zapanowuje cisza, przerywana tylko przez mój świszczący oddech i odgłos kropel uderzających o posadzkę. Ciemność rozświetlają malutkie, niewiele dające diody na suficie, pozwalają mi jednak dostrzec białe włosy przylegające do czoła i koszulę oblepiającą jego ciało. Jego twarz, jego oczy wyrażają pustkę.
- Zabiłeś ich - mówię prawie pewnie - To byłeś ty. Wtedy na wzgórzu, to też byłeś ty - mój głos zaczyna się trząść - Chciałeś mnie zabić! Dlaczego? - panikuję - Co takiego zrobiłem?! - Dlaczego krzyczę? Bo sam nie chcę uwierzyć w słowa, które wypowiadam.
Nic się w nim nie zmienia. Jego twarz nie zmienia wyrazu nawet na krótką chwilę, kiedy cicho wypowiada słowa.
- Gdybym chciał cię zabić - mówi spokojnie, jego głos cichy, ale pewny, kiedy kontynuuje - zrobiłbym to porządnie, tak aby wszyscy zapomnieli o twoim istnieniu. Gdybym miał jakikolwiek powód, aby się ciebie pozbyć, to jaki miałbym interes w niedopuszczeniu abyś się potem utopił. Po co miałbym zabijać dwójkę niewinnych dzieciaków?  - Wstaje, a ja robię krok do tyłu, ale natrafiam na zimną powierzchnię ściany. - Alek, w życiu straciłeś więcej, niż większość ludzi ma, dlaczego chciałbym cię krzywdzić? - Moje ręce zaczynają się trząść, kiedy dzieli nas tylko odległość kroku. - Oddaj mi to - moje dłonie zaciskają się mocniej na metalowym uchwycie - Aleksandrze - jego głos schodzi do szeptu - Twoje wspomnienia, obrazy, zapachy, które pamiętasz, to nie jest prawda, to nie są twoje wspomnienia. Nie wiem, kto albo co  miesza ci w głowie, ale obiecuję, że się tego pozbędę i nie pozwolę, aby jeszcze cię skrzywdził.
Wyjmuje mi skalpel z dłoni i odkłada go na stolik, potem zmniejsza odległość między nami i obejmuje mnie delikatnie. Nawet nie zauważam, że płaczę. Czuję się beznadziejnie. Nie wiem czy śnię, ale jestem przemoczony, a moim ciałem wstrząsają spazmy wyczerpania, głodu i po prostu poczucia strachu. Nigdy się nad tym zastanawiałem, byłem silny na każdy możliwy sposób, ale teraz przyznaję przed samym sobą.
- Boję się - próbuję powiedzieć, ale mój głos załamuje się. Dłonie zaciskam na jego koszuli. Tak bardzo brakowało mi ciepła drugiej osoby. Moje kolana wkrótce uginają się z wyczerpania, ale Matt wydaje się czytać moje ciało jak otwartą księgę, bo podnosi mnie z łatwością.
Nie zwracam uwagi, na to co się dzieje dookoła, ani na to co mówią ludzie. Jestem samolubny i wtulam głowę w klatkę piersiową białowłosego, a ramiona zaciskam dookoła jego szyi i odmawiam puszczać. Nie wiem, co sprawia, że tak bardzo mu ufam i wierzę w każde słowo, które wypowiada. Może to ta pustka w jego głosie, może to sposób, w jaki układają się jego wargi, kiedy wymawia moje pełne imię, a może po prostu to jak pewnie trzyma mnie w swoich ramionach. 
Mój umysł, moje całe dotychczasowe życie jest chaosem, wielką czarną dziurą, która pochłania wszystko i wszystkich dookoła, a on wydaje się być światełkiem w tunelu. Nie odpowiadam na ani jedno zadane mi pytanie, nie dopuszczam nawet do siebie znaczenia słów wypowiadanych w moim kierunku. Kiedy wreszcie zmuszam się do oderwania od ciała człowieka, który wszedł w moje życie z kopem z półobrotu, i podnoszę wzrok na kobietę, która próbuje się ze mną komunikować, moje oczy nie wyrażają nic. Nie zastanawiam się nawet czy ją znam, przez mój umysł przepływa potok niepotrzebnych myśli o płomiennym kolorze jej włosów, jednak skupiam się jedynie na palcach, którą zaciskam mocniej na dłoni, której posiadacz gładzi mnie drugą ręką po plecach. 
Grzecznie przyjmuję leki, podane mi przed nos i oddaję się nicości. Ktoś znowu mnie podnosi, tym razem tylko na parę chwil, bo potem moje plecy stykają się z miękkim materacem i czuję jak ta chuda dłoń wyślizguje się z moich palców. Na próżno próbuję ją zatrzymać, otwieram szeroko niewidzące oczy i z rozwartymi wargami próbuję prosić, aby został, ale słowa nie przychodzą, a z moich ust nie wydobywa się nawet szept.
- Spokojnie - słyszę, kiedy dłoń gładzi moje krótkie włosy, a materac obok ugina się pod ciężarem drugiej osoby - Nigdzie się nie wybieram.
Następnego dnia budzi mnie przyjemny głos jakiejś pani oznajmujący "czas na tabletki". Jestem zbyt zdezorientowany, aby kwestionować potrzebę ich brania, zwłaszcza, że zmieniają mnie w chodzącą roślinę, więc po prostu je łykam i kładę się z powrotem do łóżka, starając się nie zwracać zbytniej uwagi na brak ciepła obok mnie i inne ubrania. Mija równo dwa tygodnie, kiedy w moim małym więzieniu pojawia się ktoś inny niż ta sama pani przynosząca pożywienie i tabletki, których ilość się zmniejszyła.
Słyszę jak drzwi powoli otwierają się i cicho zamykają i znam ten koci sposób poruszania się, ale nie odwracam się zapatrzony bez reszty w okno i płótno przede mną, które udało mi się dzisiaj rano wyprosić i teraz pokrywam je smugami barwnej farby.
- Ładne - słyszę ponad ramieniem.
Odwracam się powoli i zmuszam się do podniesienia wzroku, aby spojrzeć w jego ciemne, rozumne oczy. Zastanawiam się przez chwilę nad słowami i powoli formuję je w zdania w mojej głowie, co nadal przychodzi mi z trudem.
- Dlaczego mnie tu trzymają? - wypowiadam te słowa szeptem.
- Terapia - odpowiada powoli.
Kręcę głową na boki.
- Nie śnię - wysilam się w tłumaczeniach - Mój umysł... więzienie - moje oczy zachodzą łzami, bo jego obecność sprawia, że znieczulenie przestaje działać, a do moich myśli wdzierają się niechciane emocje i obrazy, które nigdy nie były moimi wspomnieniami.
Pochyla się i całuje mnie w czubek głowy i głaszcze mnie po ramieniu.
- Nie rozumiem - szepczę.
Czuję jak się uśmiecha.
- Nie sądzę, aby ktokolwiek rozumiał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytelnicy