Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

10.7.15

Piekło, które spadło z Nieba_Rozdział 23

enjoy*

Alicja siedzi tuż obok mnie, a jej piękne, czarne włosy powiewają na wietrze. Śmieję się cicho, po czym biorę do reki jednego racuszka i smaruję go grubą warstwą masła. Odkładam nóż na talerzyk. Nachylam się nad Alicją i całuję ją w soczyste usta. Odsuwam się i widząc jej błogi uśmiech, mówię Aaaaaaaa... Rozchyla swoje różowe, pełne wargi na tyle, abym mógł włożyć pomiędzy nie racuszek.
- Aaaaaaaaa... - śmieje się.
Patrzę jak rumiany kawałek ciasta znika w jej gębowym otworze. Uśmiecha się, zamykając oczy.
-Mmmm... Jabłkowy - uśmiecham się również.
Jej leniwa dłoń zatapia się w futrze pomiędzy moimi dwoma, wielkimi uszami. Z mojego gardła wydobywa się cichy, niski pomruk.
- Tak dobrze, króliczku? - Pyta, a ja tylko lekko potakuję głową.
Patrzę na kota, który otwiera swoje wielkie, fluorescencyjne oczy i zaciąga się narkotykiem. Szalony kapelusznik śmieje się cicho, leżąc w otępieniu pod ogromnym muchomorem. Pan gąsienica i Pani mysz popijają coś niewidzialnego z pustych filiżanek.
- Ach - wzdycham, czuję jak dłoń Alicji zamiera w bezruchu - Mógłbym tu spędzić godziny, gdyby tylko nie królo...
Przerywają mi usta Alicji, które nagle znikąd przywierają do moich. Odsuwam się lekko po chwili i ze zmartwieniem wpatruję się w jej wielkie zielone oczy, gęsto okolone czarnymi rzęsami. Sięgam do kieszeni mojej kamizelki i staram się wygrzebać zegarek. Od razu Pani mysz oferuje mi pustą filiżankę herbaty. Grzecznie odmawiam starając się wstać, ale Alicja uczepia się mojego ramienia i przywiera wargami do mojego obojczyka. Nie jestem w stanie powstrzymać pomruku, jednak po chwili udaje mi się podnieść.
- Gdzie ci się tak śpieszy, króliku? - Pyta kot uśmiechając się tak szeroko, że aż wydaje się to być bolesne.
- Jestem umówiony - mówię wyciągając zegarek. Z przerażeniem spostrzegam godzinę. Włosy (i uszy)  stają mi dęba - Jestem spóźniony - prawie wykrzykuję spanikowany.
Alicja wstaje i łapie mnie za rękę.
- Nie musisz iść. Zostań z nami - mówi ciągnąc mnie z powrotem na ziemię.
Wyrywam swoje ramię. Łapię jej twarz pomiędzy swoje dłonie.
- Muszę iść - mówię szeptem.
Kręci głową, a jej oczy napełniają się łzami. Wyrywa się.
- Zawsze tak jest - krzyczy, pada na kolana - Nie idź - szepcze - Proszę...
Patrzę na nią przez chwilę, po czym odwracam się i zatracony w cykaniu zegara pędzę przed siebie. Nie słyszę jej krzyków.
- Kurwa! - Rozlega się znikąd - Co się dzieje? - Las powoli zmienia się w wielką wirówkę kolorów.
- Budzi się? - Odpowiada ktoś niemrawo.
- W środku operacji?!  Ile wy mu tego podaliście, że się budzi?
Otwieram oczy i z otępieniem przyglądam się zamaskowanym, dziwnym lekarzom.
- 20 miligramów. Dorosłego konia by położyło - mówi kobiecy głos.
- Do cholery, podajcie jeszcze raz!
Zmaga mnie sen. Zapadam się w krainę czarów.

...

Pip... Pip... Pip...
Czerń... Biel... Smutek... Radość... Ból... ból... ból...
Polska. Las. Gęste drzewa. Grupa przyjaciół.
- Zygfryd! Zaczekaj! - Krzyczę starając się ugasić ognisko.
Podbiegam do brata, a ten obejmuje mnie ramieniem.
- Karol - mówi spokojnie - Idź do namiotu, już późno - Czuć od niego ostrą woń alkoholu.
- Piłeś - oskarżam go krótko, odsuwając się.
Uśmiecha się.
- Jak większość obozowiczów. Nie pierwszy raz mnie takiego widzisz - stwierdza.
Zygfryd lubi popić. A zwłaszcza w sobotnie popołudnia. Zygfryd lubi też inne rzeczy. Jak dziwki albo papierosy.
Wzdycham patrząc na niego naburmuszonym wzrokiem. Ile mam lat? Czternaście, a mój brat jest o dwanaście lat starszy.
- Mógłbyś być bardziej odpowiedzialny. Ile to już minęło? Dziesięć lat?
- Osiem i pół - poprawia mnie automatycznie.
- Nieważne. Nie widzisz, że powtarzasz te same błędy co oni? - Opiera się o najbliższe drzewo i pozwala mi się wyżalić - Kiedy powiedziałeś, że jedziemy na kilkudniowy obóz to myślałem, że wreszcie coś przemówiło ci do rozsądku, ale nie, ten obóz to tylko kolejna wymówka żeby się upić - zaplatam ręce na piersi, wyrzucając ostatnie słowa z żalem.
Przeciera twarz dłońmi i między nami zapada długa cisza. Wpatruję się w miejsce na jego twarzy gdzie powinny znajdować się oczy, ale jest zbyt ciemno, bym mógł dostrzec ich wyraz. Przybieram buntowniczą postawę w oczekiwaniu na jego docinki, ale one nie następują.
- Bardzo przypominasz mi mamę - mówi cicho.
Marszczę brwi. Gdzieś niedaleko rozlega się głośny trzask, a potem błysk, który na chwilę oświetla twarz mojego brata. W jego niespodziewanie niebieskich oczach dostrzegam ukłucie żalu i strachu, ale przede wszystkim dzikość, której nigdy dokąd nie znałem.
Z otępienia wybudza nas krzyk.
- Łucja? - Pytam szeptem samego siebie.
Chuda postać o różowych włosach, kulejąc stara się do nas dobiec. Automatycznie rzucam się przed siebie, ale mój brat jest szybszy. Przygniata mnie do ziemi ciężarem swojego ciała, zanim zdążę zrobić jakikolwiek ruch. Kolejny blask, który tym razem nie znika i za Łucją pojawia się nieznajoma mi postać. Staram się ją uprzedzić, ale przeszkadza mi przyciśnięta do ust dłoń brata. Łucja krzyczy, ale gęsty las wycisza jej głos. Postać pojawia się tuż przy niej i jednym zręcznym ruchem podcina ją.
- Uciekajcie - płacze dziewczyna twarzą zwróconą ku nam.
Zygfryd z dłonią wciąż na mojej twarzy, podnosi się i opierając plecami o najbliższe drzewo stara  mnie ukryć, odcinając mi tym samym dostęp do wydarzeń. Za późno. On jest tuż nad nią, przyciskając jej klatkę piersiową do podłoża kolanem. Słyszę jej krzyk, a potem nieładne strzyknięcie kości. Zaciskam powieki i staram się uspokoić oszalałe ze strachu serce.
- Poszedł sprawdzić namioty. Czegoś szuka... Nie będziesz się odzywał? - Szept Zygfryda sprawia, że zaciska mi się gardło.
Potakuję. Puszcza mnie. Kolana uginają się pod ciężarem własnego ciała. Padam na suchą ściółkę. Powoli wychylam się zza drzewa i spoglądam na Łucję leżącą jakieś pięć metrów stąd. Jej bezwładne ciało, jej twarz z ustami próbującymi zaczerpnąć powietrza, niczym ryba wyjęta z wody. Zamykam oczy, starając się nie rozpłakać. Zygfryd łapie mnie za koszulę i podnosi do pionu.
- Wynośmy się stąd - mówi robiąc dwa kroki przed siebie.
Odwracam się na chwilę, aby spojrzeć jeszcze raz na obozowisko i wtedy właśnie dostrzegam postać. Jego sylwetka na tle oślepiającego światła wydaje się być tylko cieniem. Nie jestem w stanie w nim dostrzec niczego poza czernią, ale wiem, że on doskonale widzi mnie i przy tym się uśmiecha. Światło gaśnie nagle. Odwracam się i pędem rzucam przed siebie. Łapię Zygfryda pod ramię nie zwalniając.
- Widział mnie - mówię w panice.
Mój brat wyciąga kolta z kieszeni. Zatrzymuje się i ramieniem przyciska mnie do swojej piersi. Drugą rękę wyciąga przed siebie, pewnie trzymając w niej broń. Wpatruje się w ciemność, obracając wkoło. Zaciskam zimne palce na jego przedramieniu.
- Będzie dobrze - szepcze spokojnie, ale czuję jak jego serce obija się szalenie o mój kręgosłup - Karol. Kiedy dam ci znak masz biec jak najszybciej potrafisz. Masz nie oglądać się za siebie, cokolwiek nie usłyszysz, masz biec - czuję jak jego ręka przez chwilę chowa się w mojej kieszeni coś w niej zostawiając - Jesteś ostatnią nadzieję - szepcze.
Nie rozumiem o czym mówi, ale potakuję głową. Nawet nie pytam o niego. Po policzkach spływają mi łzy. Zaciskam szczękę najmocniej jak potrafię. Światło pojawia się znikąd, ale rozświetla cały las. W powietrzu da się wyczuć coś dziwnego, ciężkiego, ale niemającego wagi. Słyszę cichy trzask łamanej gałązki. Zygfryd odkręca się w tym kierunku gwałtownie i strzela. Wtedy go dostrzegam. Stoi niedaleko, pewnie na bosych stopach. Czarne obcisłe spodnie, podwinięte są do połowy łydki, ukazują bladą, wręcz siną skórę. Biała, bawełniana, rozpięta do połowy koszula jest niezgrabnie wsadzona w spodnie. Podwinięte rękawy ukazują umięśnione, wytatuowane przedramiona. Z lewej strony piersi na koszuli rośnie krwawa plama. Mężczyzna spogląda na nią i uśmiecha się krzywo. Niedbale przeczesuje dłonią włosy śnieżnego koloru.
- Lekcja pierwsza. Zawsze zadawaj pierwszy cios - mówi kpiąco, a uśmiech znika z jego ust równie szybko jak się pojawił - Oddaj co ukradłeś, a może będę litościwy dla twojego braciszka.
- Uciekaj - mówi do mnie Zygfryd puszczając mnie, a ja pędzę ile sił.
Pędzę byle brnąć przed siebie. Słyszę kolejny strzał. Nie odwracam się. Przeskakuję nad zwalonym pniem i wtedy dopiero czuję chłód. Wiatr zrywa się znikąd, przynosząc ze sobą ostre, trudne do oddychania powietrze. Zwalniam, ale staram się nie zatrzymywać. Oddycham z trudem, jakby niewidzialne ręce miażdżyły mi płuca. Skóra cierpnie mi na karku, a palce grabieją z zimna. Wiem, że jest coraz bliżej, że przygląda się jak walczę. Słyszę odgłos wystrzału, świst kuli i moje kolano przeszywa nagły ból. Krzyczę zaskoczony. Czuję jak gorące krople torują sobie drogę w dół łydki, jednak dalej próbuję iść. Dyszę ciężko, po policzkach spływają mi łzy. Drugi strzał. Piszczę w bólu, upadając na ziemię, dalej staram się czołgać przed siebie. Moje serce wali niczym oszalałe, a ból utrudnia każdy ruch.
- Nie mogę... - Płaczę cicho, podciągając się na zdartych dłoniach - Nie mogę... - Szlocham.
"London Bridge is falling down" - słyszę melodyjny głos wyśpiewujący dziecięcą piosnkę, ktoś przyciska mnie do podłoża tak, abym nie mógł się już poruszać.
"Falling down, falling down" - łapie za włosy i odgina moją głowę do tyłu.
"London Bridge is falling down" - przykłada lufę do mojej skroni, na co reaguję wybuchem większego płaczu i piskiem.
"My... Fair... Lady..." - pociąga za spust.

Budzę się nagle z krzykiem na ustach. Cały się trzęsę. Nie mam na nic siły. Dostrzegam pielęgniarkę.
- Co wyście im zrobili!? - krzyczę zachrypniętym głosem w języku, jakiego nie znam - Co wyście mi podali!? - Kobieta z przerażeniem wybiega w panice.
Do pokoju wbiega Matt i Freyr. Ten pierwszy łapie mnie za ramiona i przyciska do materaca. Wierzgam całym ciałem starając się uwolnić z jego żelaznego uścisku.
- Morderca...! - krzyczę kojarząc nieznaną postać z nim - Morderca...! Wy wszyscy tylko zabijacie - w moich oczach pojawiają się łzy - Zabiłeś ich...! Powystrzelałeś jak kaczki...
Cienka igła zatapia się w moim ramieniu, moje mięśnie odmawiają współpracy. Przechodzi mi cała ochota na krzyk. Freyr wyprasza Matta z pokoju, siada obok, kładzie chłodną dłoń na moim czole i delikatnie gładzi mnie po włosach.
- On ich zabił - szepczę wpatrując się w niego.
"Ciiiiiii... Matt nikogo nie zabił" - słyszę tylko - "Zaraz wszystko będzie dobrze".
- Nie chcę umierać... - szlocham cicho, powoli tracąc przytomność.
"Nic ci  się nie stanie" - słyszę - "Obiecuję".


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytelnicy