Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

2.4.15

Piekło, które spadło z Nieba_Rozdział 21

Byłem, jestem i będę...
Białe schody, białe ściany, białe niebo. Czarne oczy, czarne włosy, czarna dusza. Czerwień litrami spływająca po schodach, barwiąc je swoim ostrym kolorem.
Ps: Do tych, którzy wciąż to czytają i czekają na rozdziały: łał podziwiam Was za cierpliwość i wytrzymałość... dziękuję.


*enjoy!

Wzdycham, otwierając oczy. Powracam do tej samej zamkniętej pętli czasu, w której spędzam miliony minut i nie potrafię uciec. Mimo, że odpocząłem te kilka dni. Bez snów, bez koszmarów. Dziś była pierwsza noc bez narkotyków. Jest lepiej powiedziałbym, ale moje sny przybierają na znaczeniu. Nabierają ostrości, wydają się być coraz bardziej prawdopodobne. Coraz częściej, kiedy zamykam oczy widzę inne rzeczy i zdarzenia, miejsca, ludzi. Jakbym był częścią innej osoby. Zaczynam zadawać sobie pytania, kim jestem? I co o sobie wiem? 
Czy tak naprawdę jestem tym, co codziennie widzę w lustrze? Tracę panowanie nad świadomością i rzeczywistością. Trudno mi nawet teraz powiedzieć czy śnię, czy też naprawdę siedzę na skraju łóżka i wpatruję się w gwiazdy za oknem. Sięgam do szuflady po mały notatnik, który dał mi ostatnio Matt. Każdą kolejną, wolną myśl przelewam na papier. Żeby nie zapomnieć. 
Bo muszę pamiętać, muszę wiedzieć. Chcę zrozumieć. Kogo znam? Czy znam siebie? Kim są moi rodzice? Ojca nie pamiętam. Nikt go nie pamięta. Każde wspomnienie z dzieciństwa przyprawia mnie o ból głowy, a na skrawkach tych, które zatarte utrwaliły się w mojej pamięci, ma zamazaną twarz. Pamiętam, uczył mnie jak grać na gitarze i trzymać nóż. Miał chrapliwy śmiech, nie. Czy naprawdę? Czy to był mój ojciec? Moja koncentracja jest niska, a wszystkie te leki, których góry biorę sprawiają, że mój umysł jest otępiały. Oddycham głęboko. 
Mam na imię - skrobię na kartce znowu. Aleksander - dodaje po chwili namysłu. Moje nazwisko... Williams. Przynajmniej tak mi powiedzieli. Mam 19 lat - tak piszą w mojej karcie. W którym roku się urodziłem? Myślę przez chwilę. 
Daję za wygraną. Nie potrafię zrobić nawet tak prostego działania matematycznego jak odjąć dziewiętnaście. Wyrywam kartkę i daję jej swobodnie opaść na podłogę. Kiedy znów się obudzę, będę wiedział, że nie śniłem. Opadam na plecy.
Nie wiem ile czasu spędzam, wpatrując się w zszarzały sufit. Odwracam się słysząc ruch w okolicy drzwi. Włoski na moim karku powstają, a ciało oblewa zimny pot. Serce przyspiesza do 130 uderzeń na minutę. Dopiero teraz ją zauważam. Dziewczynka. Może 15 lat, nie więcej. Ubrana w porwane, lekko nadpalone ubranie. Z prawej strony klatki piersiowej wystaje sporych rozmiarów kawałek metalu. Boso, jej stopy zostawiają za sobą krwawe ślady. Jej bok wygląda jakby brakowało w nim sporego kawałka mięśnia. 
Prawa strona twarzy nadpalona, brak skóry na tej części głowy. Migocze. Jakby nie było jej w tym świecie, ale też nie do końca przeszła na drugą stronę. Zaprasza mnie ręką. Wstaję i patrzę jak odwraca się i prowadzi mnie w głąb korytarzy. Zatrzymuje się przy jednym z pokoi, patrzy przez chwilę na mnie i popycha powoli drzwi. Wchodzę za nią. Pokoik jest mały. Stoi w nim aparatura, łóżko. Widzę chłopaka, siedzącego koło łóżka. 
Kiedy zbliżam się dostatecznie zauważam w łóżku dorosłą kobietę. Jest w śpiączce - stwierdzam. Chłopak, a raczej trzydziesto-paroletni mężczyzna, płacze. Powtarza coś cicho o przeprosinach. Dziewczyna siada obok i stara się go pogłaskać, ale jej ręka przez niego przenika. 
Spogląda na mnie. "Przychodzi tu codziennie" - mówi zachrypłym, cichym głosem, oddycha ciężko, jakby sprawiało jej to ogromną trudność. "Wciąż przeprasza i płacze, potem prosi żebym się obudziła" Wzdycha. "Kocham go ponad życie, to mój jedyny braciszek" - mówi z czułością. "Ale ja umarłam w wypadku. Dziewięć lat temu" Podchodzę bliżej "A on wciąż nie chce dać mi odejść. Wiem, że to trudne, ale ja już ledwo się powstrzymuję od oszalenia. Dziewięć lat" powtarza cicho "Nie proszę o nic wielkiego. Chcę już po prostu iść. Oni na mnie czekają" - mówi a w jej oczach pojawiają się łzy. "Ja już tak dłużej nie wytrzymam" - łapie za kawałek metalu wystającego z klatki piersiowej i nieudolnie próbuje go wyciągnąć. "Proszę".
Czuję jak świat zaczyna krążyć. Kręci mi się w głowie. Upadam i kiedy otwieram z powrotem oczy czuję ból i otępienie. Jestem taki ciężki, a każdy mięsień mnie boli. A więc tak czują się ludzie na odwyku - myślę. Moje ciało bardzo szybko się odbudowuje, ale też bardzo szybko przyzwyczaja się do nowych warunków, a co za tym idzie bardzo łatwo się uzależniam, od wszystkiego. 
Otwieram oczy. Leżę na tym niewygodnym materacu. Kątem oka zauważam kartki leżące na podłodze. Nie jest to tylko jedna, pojedyncza strona. Jest ich tam ze dwadzieścia. Wzdycham, próbując poruszyć jakąś dolną partią ciała. Na nic. Zwlekam się z łóżka na podłogę.
Zbieram strony i ich plik kładę na stoliku nocnym. Nagle czuję jak ktoś łapie mnie w pół i podnosi. Odwracam głowę i spostrzegam Matta.
- Wystarczyło zawołać - mruczy przenosząc mnie na krzesło inwalidzkie.
W ciszy opatula mnie kocem.
- Czeka cię dzisiaj sporo badań - mówi siadając obok na krześle i przyglądając mi się - Jesteś głodny?
- Możesz coś dla mnie zrobić? - Pytam ignorując jego pytanie - Mógłbyś...
- Jasne - przerywa mi znudzonym głosem - W zamian chcę to przeczytać - wskazuje chudym palcem stos kartek na moim stoliku nocnym.
Mierzę go przez chwilę spojrzeniem.
- Nie mogę ci tego dać, sam nie wiem, co jest tam napisane.
- O to chodzi - uśmiecha się.
Wzdycham. Czuję się zmęczony. I tak już jestem psycholem, może go nic nie zdziwi.
- Poszukaj...
- Dziewczynki, która zapadła w śpiączkę dziewięć lat temu - czyta - Da się zrobić.
Wstaje, po czym łapie za uchwyty krzesła i wyprowadza mnie z pokoju. Windą zjeżdżamy w podziemia, na poziom laboratoryjny. Rozmawia przez chwilę z jakimś brodatym kolesiem, potem się ulatnia. Mężczyzna jest bardzo miły, chociaż wygląda jak nie pierwszej młodości i kuleje na jedną nogę. Wprowadza mnie do laboratorium, gdzie pracuje wielu innych ludzi. Pobierają mi krew, mocz, badają skórę, włosy, paznokcie, w poszukiwaniu jakichkolwiek zmian, w których mogliby się dopatrywać powodów niedowładu kończyn, robią rezonans czaszki, zdjęcia rentgenowskie złamanych wcześniej kości i wiele innych. 
Wszystkie te zabiegi sprawiają, że czuję się podłamany. Kiedy pielęgniarki myją mnie, w lustrze dostrzegam, jak bardzo się zmieniłem. Włosy zaczęły mi powoli odrastać, moją głowę pokrywa już szczecina długości dwóch centymetrów, policzki i klatkę piersiową mam zapadłą, dostrzegam, że wciąż mam zabandażowane opuszki palców lewej dłoni, skórę mam szarą. 
Najbardziej przerażają mnie moje oczy. Są lodowato-niebieskie. Nie wiem, jakim cudem zmieniły kolor, ale kiedy próbuję się im bardziej przyjrzeć, moje źrenice zwężają się i robią się podłużne, a z tyłu głowy pojawia się tępy ból. Wszystkie te zabiegi i badania męczą mnie jeszcze bardziej i podczas, krótkiej przerwy zapadam mimowolnie w letarg. 
Budzi mnie Gloria. Wygląda dzisiaj pięknie. Ma na sobie zwiewną bordową sukienkę i wysokie buty. Można by pomyśleć, że jest zbuntowaną nastolatką, która wróciła właśnie z imprezy, gdyby nie stetoskop przewieszony przez szyję.
- Dobrze się czujesz? - Pyta unosząc moją twarz i świecąc mi latarką po oczach.
Na jej pytanie odpowiada burczenie w moim brzuchu.
- Nie dali ci nic do jedzenia? - Wydaje się być zdziwiona - Uh...
Odwraca wózek i łapiąc pod pachę wyniki niektórych badań prowadzi mnie do podziemnej stołówki. Kupuje mi kilka rzeczy, a sama zadowala się kawą. Przegląda wyniki.
- I jak - pytam bez entuzjazmu.
Wzrusza ramionami.
- Bez rewelacji - mówi spokojnie - Ale też nie to, czego się spodziewałam. A wierz mi nie chciałbyś, aby się spełniło. I tak najwięcej powie nam rezonans czaszki, ale na wyniki trzeba trochę poczekać.
Obojętnie wpatruję się w zawartość mojego talerza, ale pochłaniam ją całą. 
Gloria jest zajęta przeglądaniem poszczególnych kart i zapisywaniem na oddzielnej kartce zmian. Kiedy kończę, zaczynam rozglądać się po sali. Nie ma tu zbyt wielu pacjentów, większość stolików zajmują różnego rodzaju doktorzy. Jedni jedzą, drudzy rozmawiają, inny śmieją się, robią papierkową robotę, jeszcze inni wyglądają jakby przysypiali. Pora obiadowa to dla niektórych jedyna przerwa od pracy. Jedni się tu rodzą, inni umierają, jeszcze inni poznają miłości swojego życia. Różnią się tylko strojem. Jest pięć kolorów – zauważam. 
Biały, jasnoróżowy, jasnozielony, jasnoniebieski i jasnoszary. Nagle w pokoju zapada milczenie. Nawet Gloria odrywa się na chwilę od pisania.
- Kanarki wróciły – śmieje się tłumacząc.
Marszczę czoło nie rozumiejąc. Drzwi otwierają się. Do sali wchodzi roześmiana grupa ludzi, może z pięćdziesięciu. Wszyscy ubrani w jasnożółte ubrania. Ich skóra jest jasnoszara. Wszyscy są rozpromienieni, szczęśliwi, każdy z nich trzyma w ręce albo ma przewieszoną przez szyję maskę przeciwgazową. Wszyscy bardzo silni, rozwinięci i młodzi. Większość z nich ma całkowicie białe włosy. Rozlegają się krótkie oklaski, grupa dołącza do stolików i wszystko wraca do normy. Freyr, chłopak, o ciemnoniebieskich włosach i oczach całych czarnych, podrzuca Glorii plik kartek. Ta krzywi się nieznacznie. Przez chwilę mierzą się wzrokiem, jakby się porozumiewali w ten sposób. Chłopak czochra mi włosy i wychodzi.
- Pracują na ostatnich piętrach, gdzie zagrożenie sięga stanu krytycznego. Na powierzchnię wychodzą raz na półtora tygodnia. Wszyscy są bardzo młodzi i silni. Przechodzą na emeryturę bardzo wcześnie. Często mają styczność z promieniotwórczymi substancjami. Większość z nich umiera młodo, ci którzy przeżywają, do końca mają problemy z sercem, płucami, mózgiem, układem nerwowym. Dostają wysokie wynagrodzenia i dożywotnią opiekę medyczną, i mogą zrezygnować z tej pracy w każdej chwili, ale większość z nich i tak pracuje charytatywnie. To bardzo inteligentni i mili ludzie.
- Rozumiem. Co oznaczają poszczególne kolory ubrań? – pytam.
- Ah. Każdy kolor oznacza przedział pięter, na których pracują. Biali na powierzchni, dlatego jest ich najwięcej. Potem są różowi zajmujący się badaniami, potem jasnozieloni, jasnoniebiescy, jasnoszarzy i kanarki. Są też bez koloru, jak pewnie zauważyłeś – ci przemieszczają się po wszystkich piętrach.
Patrzy gdzieś w dal i marszczy czoło. Odwracam się, aby zobaczyć o co chodzi. Aki. Przechodząc entuzjastycznie przez salę wita się z prawie każdym. Po czym dosiada się do naszego stolika i prosi o kelnera.
- Akira – mówi spokojnie – Mam zawołać ochronę, czy może sam zabierzesz stąd swój suchy tyłek?
- Łołołoło – unosi ręce w geście obrony – Co tak agresywnie? Dopiero co przyszedłem.
- Ile razy mam ci powtarzać, że masz zabronione schodzić poniżej poziomu zerowego. Co ty tu w ogóle robisz? – pyta ze złością.
Uśmiecha się lekko drapiąc po szyi.
- Pamiętasz nasz zakład? – pyta mrugając do kelnerki, a ta rumieniąc się szybko odchodzi.
Pierwszy raz w życiu widzę furię  na twarzy Glorii. Jej ręka strzela w powietrze i już po chwili stają przy niej dwaj, niepozorni ochroniarze. Wskazuje na Akiego. Panowie uśmiechają się.
- Oj Aki, Aki – mówi jeden z nich łapiąc go za kark.
Drugi składa mu ręce na plecach. Chłopak próbuje się jeszcze wyrywać, ale panowie z ochrony są o wiele silniejsi. Wyprowadzają go. Ten tylko pomrukuje jakieś przekleństwa w nieznanym mi języku. Unoszę brwi patrząc na Glorię. Ta tylko uśmiecha się zbywając mnie spojrzeniem.
- Następną serię badań masz o 18 – mruczy – Gdzieś o 15 złapie cię jedna z pielęgniarek i zabierze do psychologa. Nie do twojej siostry – ostrzega – W takich zabiegach nie powinna znajdować się rodzina, ale odwiedź ją w między czasie. Chyba się o ciebie mocno martwi. To tyle – wzdycha – Pamiętaj żeby coś jeść w między czasie albo nie, zatrudnię do ciebie kogoś. Kurcze - patrzy na mnie kręcąc głową - Jak dziecko.
Wstaje łapie za wózek i bez słowa odprowadza do windy, wciska jeszcze przycisk parter, oznajmia że jest bardzo zajęta i drzwi się zamykają. 
Kiedy drzwi z powrotem się otwierają, widzę Matta. Uśmiecha się do mnie, po czym kładzie mi na kolanach jaką paczuszkę i znika, zjeżdżając w dół. Kieruję się do swojego pokoju. W miedzy czasie nie spotyka mnie żadna niespodzianka. Kładę się na łóżku i przeglądam zawartość koperty. W środku znajduję kilka zdjęć z wypadku, kopię opisu urazów dziewczyny i małą, żółtą karteczkę z napisem: "jej brat się nie zgodzi; poproś o pomoc niebieskookiego; pokój nr. 379, piętro twojej matki; powinieneś powiedzieć Glorii; uważaj na siebie". 
I tyle. Czuję gorąco promieniujące od wewnątrz, okolicy serca. Łapie mnie lekki ból w płucach, ale po kilku mocniejszych oddechach ustępuje. Przymykam powieki. Powinienem wreszcie skupić się na swoim zdrowiu. Przez całe swoje życie martwiłem się o innych. Teraz, kiedy przed oczyma mam obraz wychudzonego chłopaka o zszarzałej skórze i zapadłych policzkach, który równie dobrze mógłby mieć 15 lat, dochodzę do wniosku, że nie znam osoby, którą widziałem w lustrze, że jest mi ona całkowicie obca. Obejmuję się ramionami, jakbym próbował się schować. 
Zaciskam mocno oczy, kiedy nagle znikąd słyszę przeraźliwie głośny krzyk, wołający o pomoc, który powoli zmienia się w przerażony szloch. Boję się otworzyć oczu, bo wiem, że kolejny niewinny nastolatek, właśnie został brutalnie zamordowany przez swoje własne sny. 
To konkurs, bitwa - uświadamiam sobie nagle. Mimo, że jeden z nas wygra, przeżyje to pozostanie z niego wrak człowieka. Bo tego właśnie On potrzebuje. Maszyny do zabijania, której nie pozostało już nic, więc jest w stanie zrobić wszystko.

2 komentarze:

  1. Przeraził mnie ten rozdział, szczególnie opis dziewczyny. Wszytko sobie wyobraziłam i to mnie przestraszyło. Pisz dalej... i nie każ tak długo czekać.
    Pozdrawiam, Anukisse :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się ten rozdział. Mama nadzieje, że niedługo bd kolejna notka.
    Rin@

    OdpowiedzUsuń

Czytelnicy