Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

24.1.15

Piekło, które spadło z Nieba_Rozdział 20

:)

enjoy*

Ciemność. Przez ostatnią godzinę, jedyne co widziałem to malutkie, czerwone w dodatku rozmazane światełko mrugające w oddali. Leżałem w bezruchu i właściwie dopiero teraz sobie to uświadomiłem. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Czy ktoś mi kazał? Nie pamiętam. Co się stało? Zamknąłem oczy i przez chwilę wsłuchiwałem się w swój świszczący oddech. Obecność cichego szurania w płucach świadczyło o zmianach chorobowych. Zakasłałem, czując ciężkość klatki piersiowej. Zapalenie płuc? Myślałem, że nocni łowcy są odporni na ludzkie choroby tego typu, a zresztą co ja tam wiem. Nagle do moich uszu dotarł ostry pisk. Otworzyłem gwałtownie oczy i spostrzegłem jak światełko przez chwilę rozpala się oślepiając, a potem znika. Moje serce zaczyna walić w piersi, kiedy czuję jak wysuwam się z ciemnej kopuły. Jasność oślepia mnie na chwilę. Czuję zimny ból w okolicy potylicy, kiedy próbuję gwałtownie podnieść głowę. Ogarniają mnie mdłości, a przed oczami pokazują się gwiazdki.
- Spokojnie - słyszę.
Otwieram oczy dysząc. Widzę mężczyznę powoli pomagającemu mi przenieść się z leżanki na wózek inwalidzki. Nie czuję nóg. Mocno przytrzymuję się barierek, aby nie upaść. Powstrzymuję silne uczucie mdłość. Jakaś pielęgniarka zwinnie obwija moją głowę bandażem. Chłopak opiera mnie o miękkie oparcie, po czym wyjmuje małą latarkę.
- Podążaj - mówi świecąc mi w oczy.
Czuję jak przez chwilę wzrok próbuje mi się wyostrzyć, ale nie potrafi.
- Okay - mówi doktor z uśmiechem.
Idzie za moimi plecami i wyprowadza mnie z pokoju. Kręci mi się w głowie, myśli się plączą, a wspomnienia nie chcą wracać. Jednym słowem głowa pulsuje mi nie miłosiernie. W następnym pokoju jest jeszcze jaśniej. Potem lekarz podprowadza mnie pod same biurko i sam wychodzi. Za stołem siedzi uśmiechnięta czarnowłosa dziewczyna. Przez chwilę przegląda wyniki badań, które właśnie dostała.
- Jestem psychologiem, jak się pewnie domyślasz. Jak się masz? - zwraca się do mnie.
W wypolerowanym drewnie biurka widzę swoje własne odbicie. Nachylam się. Czy oni wycieli mi... włosy? Przypatruję się obiciu zabandażowanej głowy i bezwiednie pocieram króciuteńką szczecinę na tyle niezabandażowanej części głowy.
- Nie wszystkie - mówi - Zacznijmy od podstaw. Jak masz na imię, ile masz lat, opowiedz jak się tu dostałeś. To pomaga na plączące się myśli. Podstawowe informacje, których jesteś pewien.
Przez dłuższą chwilę myślę, co sprawia że głowa boli mnie jeszcze bardziej. Chyba mam poważne problemy z koncentracją.
- Mam na imię Aleksander - Czy jestem tego pewien? - Nazwisko... Williams. Tak - mówię prawie z siebie dumny - Aleksander Williams. Mam 19 lat. Trafiłem tu przez problem z poruszaniem się - Czy tylko na pewno? - Jestem prześladowany. Przez demony. Nie - nie potrafię złożyć prostego zdania - Jestem przeklęty? - pytam sam siebie w akcie konsternacji.
- Spokojnie - mówi łapiąc mnie z rękę, dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że kurczowo zaciskam palce na krawędzi biurka. Rozglądam się. Te białe ściany mnie dobijają - Wystarczy. Aleksandrze teraz powiem ci, co się stało kilka dni temu. - przytakuję - W drodze do łazienki pośliznąłeś się i tak niefortunnie się wywaliłeś, że bardzo mocno uderzyłeś głową w barierkę. Musieli przeprowadzić szybką operację, bo pod czaszką było zbyt duże ciśnienie, dlatego wycieli ci włosy. Miałeś wstrząs mózgu. Teraz jest wszystko w porządku, ale potrzebujesz kilku dni snu - Na to słowa włoski na karku mi się zjeżyły - prawdziwego snu, odpoczynku - Uspokaja mnie - za wszelką cenę. Potem zaczniemy prawdziwe leczenie - mówi już bardziej do samej siebie - Wykończą cię jeśli będziemy czekać jeszcze dłużej. Pamiętasz mnie? - pyta po chwili ciszy - Jestem twoją siostrą. Rodzina - mówi jasno - Jeśli cokolwiek cię zaniepokoi skontaktuj to ze mną. Nie ważne czy będzie to ciemność, czy dziwne zachowanie ludzi, czy po prostu samotność. Od dziś jestem twoim, prywatnym psychologiem. - potakuję lekko głową.
Uśmiecha się do mnie. Wstaje z krzesła, łapie za uchwyty z tyłu krzesła i wyprowadza mnie przez drzwi. Zamyka je. Co się stało? Pośliznąłem się? "Tylko my wiemy co stało się naprawdę" - słyszę śmiech w swojej głowie. Tak, tylko my.

Nie pamiętam jak dostałem się do pokoju, ani jakim cudem znalazłem się w łóżku z kroplówką. Wiem, że wymiotowałem. Że zwracałem wszystko co pochłonąłem. Potem kilka dni spałem. Naprawdę. A może znajdowałem się w miejscu gdzie moje myśli nie miały dostępu. Narkotyki w odpowiedniej dawce i formie, zdziałają wszystko. Spałem jak kamień. Nic nie było w stanie mnie obudzić. A kiedy wreszcie mój mózg zdecydował skończyć odpoczywać, wszystko było normalne. Żadnych głosów, słyszanych tylko przeze mnie, ani tajemniczych spojrzeń ludzi, halucynacji. Tylko zwyczajny ja, z zamazanymi wspomnieniami i problemami z poruszaniem.
Podniosłem się na łokciach. Kołdra zsunęła mi się na biodra, ukazując bladą, chudą klatkę piersiową. Przejechałem palcami po wystających żebrach. Spróbowałem poruszyć lewą stopą... Nic. Opadłem na poduszki. Westchnąłem przeczesując swoją głowę palcami, zdając sobie sprawę, że nie ma na niej już bandażu, ale nie ma też włosów. Odsunąłem kołdrę i przeniosłem się do pozycji leżącej. Sięgnąłem po wózek inwalidzki, jednak zamiast go przybliżyć, tylko straciłem równowagę i zsunąłem się z łóżka. Westchnąłem w końcu wdrapując się na wózek. To cholerstwo ma pomagać, a mi tylko przeszkadza. Przejechałem się do toalety. To zaledwie dwa metry od mojego łóżka, ale gdybym próbował to zrobić bez pomocy tego złośliwego urządzenia trwałoby to wieki. Nie miałem ochoty patrzeć na swoje odbicie w lustrze ubrałem się tylko i zadzwoniłem po pielęgniarkę. Po piętnastu minutach przybyła jakaś starsza ode mnie o dziesięć lat, czarnooka "piękność". Żal mi się jej robiło, kiedy patrzyłem jak skąpo jest ubrana. Poleciłem jej, aby wybrała się do kwiaciarni i przyniosła mi dwa największe bukiety róż jakie znajdzie i jeden zaniosła do pokoju, w którym mieszka szaro włosa dziewczyna, której niedawno zmarła przyjaciółka, a drugi dostarczyła mi do rąk. Uśmiechnęła się, zatrzepotała długimi rzęsami i spytała czy proszę o coś więcej. Westchnąłem i poprosiłem aby zawiozła mnie do siostry. Kręcąc okrągłą pupą, zaszła mnie od tyłu i z nonszalanckim uśmiechem zaczęła mnie prowadzić między korytarzami. Z jej bezkresnego paplania wywnioskowałem, że jest na śmierć zakochana w Macie. Jakim cudem ten koleś tak na wszystkich działa? Nie chciałem jej niszczyć marzeń, dlatego z milczeniem się jej przysłuchiwałem. Chociaż, chciałbym zobaczyć jej reakcję, kiedy się dowie, że on nie gustuje w tego typu rzeczach. Zatrzymała się przed drzwiami pani psycholog, zapukała, weszła, o coś zapytała, po czym wróciła wpychając mnie do pokoju. Grzecznie podziękowałem. Uśmiechnęła się i wyszła zamykając za sobą drzwi.
- Jak się masz? - spytała moja siostra, siadając na kanapie i zapraszając mnie bliżej.
- Może być - mruknąłem podjeżdżając bliżej.
- Jesteś głodny - spytała podając mi talerz z kanapkami.
- Nie dzięki.
Uniosła brwi na mój brak zainteresowania rozmową.
- Nie obchodzi cię jak długo spałeś, co się działo, co się aktualnie dzieje?
Westchnąłem.
- Spałem wystarczająco i nie.
- Więc po co przyszedłeś? Chcesz tylko posiedzieć w ciszy, podczas gdy ja będę układała papiery i przygotowywała się na przyjęcie kolejnego pacjenta? - uśmiechnęła się.
Skinąłem.
Podała mi plastikowy kubeczek z wodą. Wstała i zajęła się układaniem bałaganu na jej biurku.
- Jadłeś coś? - spytała pozornie nie zainteresowana.
- Nie - mruknąłem.
Spojrzała na mnie potem na kanapki na stole.
Zaśmiałem się.
- Już mówiłem, naprawdę nie jestem głodny.
- Powinieneś być - powiedziała sięgając na najwyższą półkę z aktami i o mały włos nie zwalając jej sobie na głowę.
- Mogę cię o coś spytać?
- Hm? - mruknęła nie odwracając się.
- Jesteś w ciąży, prawda?
Zamarzła w pozycji sięgając na najwyższą półkę. Szukała przez chwilę odpowiedzi.
- I już od dłuższego czasu o tym wiesz.
- To nie takie proste - powiedziała teraz szukając czegoś po szufladach biurka.
Unikała mojego wzroku.
- Czemu? - spytałem zamykając oczy. - Super będzie być wujkiem - powiedziałem z uśmiechem.
- Nie wiem - westchnęła cicho, bezwiednie dotykając brzucha.
- Czyli jest jakiś problem... - powiedziałem otwierając oczy i wpatrując się w jej chudą osobę.
Spuściła oczy i zaczęła pisać coś na klawiaturze komputera.
- Kto jest ojcem? - spytałem ponownie.
Zaczęła szybciej i głośniej naciskać przyciski na klawiaturze.
- Nie wiesz... - mruknąłem przypatrując się jej - Zaraz. Gorzej... Wiesz.
- Potrafisz być denerwujący - powiedziała ze złością.
- Nazwałbym to raczej dociekliwością i umiejętnością łączenia faktów - mruknąłem, wyczekując odpowiedzi.
Westchnęła po raz kolejny dzisiaj.
- Zaszłam w ciążę zanim go poznałam - mruknęła cicho po dłuższej chwili - Nawet nie wiem jak to się stało - powiedziała tępo wpatrując się w okno.
- Nie martw się. Chociaż powinnaś mu powiedzieć. Należy mu się - zacząłem, ale przerwało mi pukanie do drzwi.
Poderwała się jak spłoszona sarna. W drzwiach pojawiła się złota czupryna Xavier'ego.
- Przeszkadzam - spytał uprzejmie tym swoim pięknym, głęboki głosem.
- Nie tylko rozmawiamy - powiedziała Izabell patrząc na mnie prosząco.
- Ale ta decyzja należy do ciebie - powiedziałem tylko, powoli kierując się do drzwi.
Uśmiechnąłem się do Xaviera, patrząc jak powoli przesuwa się chowając bukiet narcyzów za plecami. Odpowiedział mi uśmiechem. Kurcze nawet to było w nim idealne. Aż mnie denerwowało jak bardzo doskonały był, ale z drugiej strony nigdy nie byłbym w stanie powiedzieć o nim złego słowa. Był zbyt miły i niewinny. Zamknąłem za sobą drzwi.
Nie wiedziałem co zrobić z czasem jaki mi został, więc po prostu jeździłem sobie po korytarzach bez sensu, aż w końcu wpadłem na Akiego, o mały włos nie rozjeżdżając mu stopy.
Mruknął jakieś nieznane mi przekleństwo, po czym spojrzał na mnie na wół z rozbawieniem i złością. Trudno jest określić co tak naprawdę czuł.
- Nawet ty próbujesz mnie zamordować - stwierdził, zajmując miejsce jakiejś staruszce, która spojrzała na niego z odrazą i poszła dalej.
- Aki, co ty właściwie robisz w tym szpitalu?
Podrapał się po szyi, przypatrując się jakiejś zgrabnej pielęgniarce, rozmawiającej z równie zgrabnym doktorem, jakby dokonując w myślach jakiś skomplikowanych obliczeń. Przez chwilę zastanawiałem się czy w ogóle mnie usłyszał i zacząłem rozważać powtórzenie pytania, ale przerwał mi odpowiadając.
- Ten szpital nie jest tylko dla chorych fizycznie. Nad powierzchnią ziemi jest około pięćdziesiąt poziomów, a pod nią znajduje się kolejne pięćdziesiąt. Przy czym dziesięć z nich zajmują osoby chore psychicznie, a o reszcie raczy tylko Bóg wiedzieć - mruknął spluwając - A ponieważ jestem - odchrząknął, wyjmując swoją kartę z kieszeni, wolałem nie pytać skąd to ma - "niestabilnym emocjonalnie, zabijającym z zimną krwią, mającym dziwną obsesję na temat ognia i śmierci, kłamliwym psychopatą", to chyba zaliczam się do osób chorych mentalnie. A poza tym zgodziłem się nie uciec i przyjąć leczenie, w zamian za to, że mnie nie zabiją. - westchnął - Tak. Życie jest piękne. Jednego dnia proszą cię o przysługę, a drugiego spluwają ci pod nogi. Miej to na uwadze dzieciaku - powiedział wstając, widocznie dokonał już wyboru - A teraz wybacz, ale mam ważniejsze sprawy do załatwienia - mruknął kierując się w stronę dwójki ludzi.
Spojrzałem na niego. Był bardzo chudą, lekkiej postury, ale silną istotą. Był też bardzo przystojny, z tymi ciemnymi oczami i włosami, bladą skórą, czerwonymi ustami i lekkim zarostem. Jednym słowem Bóg obdarzył go niewyobrażalnym seksapilem. Podszedł do doktora i spytał o coś, przerywając mu rozmowę ze starszą pielęgniarką, ten uśmiechnął się zadziornie i wszedł do gabinetu. Aki wszedł do ciemnego pokoju, po czym zamknął drzwi z trzaskiem. Zaśmiałem się odwracając w porę, aby zobaczyć moją piękną pielęgniarkę, z równie pięknym bukietem róż. Uśmiechnęła się do mnie, podając mi kwiaty.
- Proszę bardzo - powiedziała uprzejmie, słodkim głosikiem.
- Dziękuję - mruknąłem patrząc na jej wyczekiwanie - Miło było panią poznać - powiedziałem odwracając się w drugą stronę i jadąc przed siebie.
Trudno było zarazem poruszać się na wózku inwalidzkim i starać się nie poniszczyć za bardzo naprawdę dużego bukietu, dlatego ucieszyłem się na widok Matta, powoli idącego w moją stronę.
Uśmiechnął się, unosząc brwi w zdziwieniu podchodząc i patrząc na kwiaty.
- Nie dla ciebie - powiedziałem.
Parsknął z rozbawieniem, zaczynając pchać wózek,
- Na którym piętrze? - spytał szeptem.
- Piątym - mruknąłem, bawiąc się jedną z róż.
Doszedłem do wniosku, że Matt nie lubi dużo mówić, bo całą drogę na piąte piętro spędziliśmy w ciszy. Zawiózł mnie dokładnie do tego pokoju, gdzie leżała moja matka. Nie wiem jak się domyślił o który pokój mi chodzi. Otworzył drzwi i pozostawił mnie przed jej łóżkiem. Po czym zabrał bukiet z moich kolan i włożył kwiaty do wazonu i postawił go na stoliku nocnym. Spojrzałem na moją matkę. Spała cicho i spokojnie. Dotknąłem jej jak zwykle zimnej dłoni. Matt podszedł do mnie od tyłu i nachylił się.
- Zostawić cię samego? - spytał szeptem, owiewając moje ucho gorącym powietrzem, przez przypadek sprawiając, że włoski na karku mi się podniosły.
Wymamrotałem coś, co sam nie do końca rozumiałem. Kończył się dzień, a ja traciłem koncentrację i plątałem się we własnych myślach. A może to nie była wina męczącego dnia? Odchrząknąłem.
- Nie, zawieź mnie do mojego pokoju. Jestem zmęczony, cały dzień nic nie jadłem i mam ochotę zwymiotować - mruknąłem.
Zrobił zmartwioną minę, ale posłusznie zawiózł mnie do mojego pokoju. Przeniósł mnie na łóżko i zostawił samego, abym mógł się w spokoju rozebrać. Wrócił z jakąś zupą i tacą kanapek, którą położył na stoliku nocnym. Właściwie wcisnął we mnie wszystko, nawet nie zdałem sobie sprawy kiedy. Położyłem się na poduszkach zamykając oczy. Usiadł na podłodze opierając głowę o łóżko.
Nagle przypomniało mi się coś o co miałem go spytać.
- Matt?
Odpowiedziała mi cisza. Otworzyłem oczy i zauważyłem dwa ciemne migdały wpatrują się we mnie z wyczekiwaniem.
- Pamiętasz jak pytałem cię, czy Gloria jest twoją siostrą?
Zmarszczył brwi.
- Nie - mruknął - Nigdy mnie o nic podobnego nie pytałeś. Gloria? Nie. Przecież nie jest nawet do mnie podobna - mruknął.
Usłyszałem w głowie cichy śmiech. Przestałem oddychać na chwilkę. Poczułem jak zimny pot spływa mi po karku.
- Nie pytałem cię?
Zaprzeczył trzęsąc głową na nie. Opadłem na poduszki, zaciskając powieki.
- Już nie wiem, co jest rzeczywistością, a co nie - mruknąłem, czując jak łzy cisną mi się pod powiekami.
- Hej - mruknął podnosząc się do klęku i przybliżając się do mnie. Poczułem jak delikatnie podnosi mój podbródek - hej - mruknął ponownie tym razem ciszej i głębiej, zmuszając mnie do otworzenia powiek i spojrzenia w jego teraz już bardzo bliskie oczy - Nie wiem, co działo się przedtem, ale wiem, że to co jest teraz, jest prawdziwe. - Powiedział cicho, wpatrując się we mnie.
Zmrużyłem oczy, czując jak po policzkach spływają mi łzy. Uśmiechnął się delikatnie, nie pozwalając mi odwrócić twarzy. Starł moje łzy kciukiem.
- Płacz jest dobry - powiedział z uśmiechem - Czyni nas silniejszymi.

3 komentarze:

  1. Jak mogłaś go tak skrzywdzić. Biedny. Smutny coś ten rozdział, ale czekam na następny :-)
    Anukisse

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajnie opowiadanie:) Historia wciąga i nie można się oderwać. Czekam na kolejne wpisy. Obserwuję i w wolnej chwili zapraszam do mnie - dopiero zaczynam, ale będzie bardziej pikantnie:)

    Fantazyjna
    mysli-bez-cenzury.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy za komentarz. Ayumi już pisze kolejny rozdział :)

      Usuń

Czytelnicy