Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

25.10.14

Piekło, które spadło z Nieba_Rozdział 18

enjoy*

Uśmiecham się, otwierając zapuchnięte od płaczu oczy. Nie wiem co się dzieje. Leżę skulony na białej podłodze w białym pokoju bez drzwi, czy okien. Nie wiem który raz budzę się w tej samej pozycji, w tym samym pokoju, bez nadziei, z coraz większym przerażeniem, nie pojmuję tego. Kule się sam w sobie, próbuję się schować. Przed kim?
Przede mną znów pojawia się ta sama postać w skrzypiącej zbroi i białej płachcie z kapturem narzuconym na głowę. Odruchowo odsuwam się. Najdalej jak tylko mogę. Podbiega do mnie i kopie w brzuch. Uderzam plecami o zimną ścianę. Drżę z bólu. Słyszę jego kroki, odbijające się echem po pomieszczeniu. Podnoszę wzrok z nadzieją, że uda mi się zobaczyć jego twarz. Pod cieniem kaptura coś błyszczy metalicznie. Oczy? Nie. Hełm. Dłoń uderza mnie w policzek. I wszystko zaczyna się od nowa. Pięść odziana w skórę, wysadzaną srebrnymi kolcami, miażdży mój nos.
Czuję jak krew spływa mi po policzkach. Twarde buty z łatwością trafiają w najczulsze miejsca mojego ciała, obijając nerki i płuca. Krzyczę w bólu, choć wiem, że i tak nikt mnie nie usłyszy. Staram się wytrzymać. Nie tracić przytomności, bo wiem co stanie się potem. Tortury ustają na chwilę. Oddycham szybko i nierównomiernie. Nie mam siły dalej się kulić. Kopie mnie w brzuch po raz kolejny. Wypluwam krew.
Kuca przede mną. Ociera łzy z moich policzków. Łapie za włosy i podnosi do klęku. Z oczu wypływają kolejne łzy. Uderza mnie w twarz kolczastą pięścią. Wzrok zachodzi mi mgłą. Kopie w krocze, nie pozwalając zemdleć. Upadam z bólem na podłogę.
Podnosi mnie, wyrywając przy tym kępę włosów. Odkręca się i wyjmuje ze skórzanej pochwy srebrny miecz. Przykłada zimny metal do mojej szyi. Podnoszę twarz. Przechylam głowę. To nie jest hełm. To maska. Podnoszę dłoń i zaciskam ją na klindze miecza. Czuję jak krew swobodnie spływa po moim przedramieniu i wiem, że tak powinno być. Dochodzę do wniosku, że nie boję się śmierci. Coś przestawia się w moim umyśle. Wyrywam miecz z jego dłoni. Postać w zbroi zaczyna krwawić. Czerwone, gorące krople rozbijają się o podłogę.
Uderza kolanami o podłogę, wydając przy tym głośne skrzypnięcie. Upada na moje ramię. Kładę go na podłodze i odwracam na plecy. Zdejmuję kaptur i metaliczną maskę. To co widzę paraliżuje mnie i odbiera oddech. Postacią leżącą, jest nikt inny jak ja sam.
Wzdrygam się, na widok resztek. W głowie słyszę tylko,swój własny, świszczący oddech. Rozglądam się, ale jedyne co widzę to biały pokój, bez kątów o białych ścianach. Wstaję i odchodzę parę kroków od ciała. Rozglądam się, ale nie wydaje mi się, że znajduję się chociaż bliżej jednej z ścian. Odwracam, sprawdzając czy truchło wciąż znajduje się na swoim miejscu.
Biegnę przed siebie, zataczam koła, ale nigdy nie jestem bliżej jakiejkolwiek ściany, niż byłem wcześniej. W końcu dochodzę do wniosku, że znajduję się na nie ograniczonej, oślepiająco białej przestrzeni. Nie wiem co robić więc po kilku, długich chwilach przemyśleń, wracam gdzie znajduje się moje ciało. Oglądam jego pancerz.
Sprawdzam, każdą kieszeń, szukając czegoś co mogłoby być przydatne i dopiero po dłuższym czasie dochodzę do wniosku, że leżąca postać zmieniła się znacząco. Stała się jakby lekko przezroczysta, straciła na materialności. Odsuwam się, obserwuję ją i dochodzę do wniosku, że rzeczywiście, moja postać coraz bardziej znika z tego świata. Nawet moja krew na jednej, jedynej ścianie, powoli wietrzeje. jedyne co wciąż pozostaje materialne to srebrny miecz leżący na podłodze.
Czas w tym wymiarze, płynie powoli. A właściwie wydaje się nie płynąć w ogóle. Stoi w miejscu, tak jak moje serce, wszelkie narządy i komórki, dlatego dopiero po jakimś czasie przestaję oddychać, bo dochodzę do wniosku, że nic mi to nie daje, oprócz niemiłego poczucia mdłości. Wszystkie urządzenia do pomiaru czasu tu nie mają prawa istnieć, tak samo jak nie ma prawa istnieć tu ruch. Nie czuje się tu ciężaru, dzięki sile przyciągania, bo ona też tu NIE istnieje.
Żadna energia, siła i związany z tym ruch teoretycznie jest tu wyeliminowany. Nigdy nie zachodzi tu, ani nie wschodzi Słońce, które swoją drogą też NIE MA PRAWA ISTNIEĆ. Jasność przestrzeni bierze się znikąd. Nie da się tu czuć zmęczenia, bo teoretycznie nie da się wykonywać żadnej pracy, bo jest ona związana z ruchem, który nie istnieje.
Leżę na podłodze obok mojego własnego ciała. Czekam, choć nie jestem pewien na co. Czym jestem? Przychodzi mi nagle to pytanie na myśl. Nie znam odpowiedzi. A wiem jedno, dopóki nic nie robię, nie istnieję. Podnoszę się. Powoli. Najpierw do siadu, potem staję chwiejnie na nogach.
Schylam się i zaciskam dłoń na zimnej, śliskiej od krwi powierzchni rękojeści miecza. Ciąży w mojej dłoni przyjemnie. Tak dawno nie trzymałem broni. Cząstka mojego umysłu cieszy się jak dziecko. Mój pierwszy, prawdziwy sztylet dostałem w wieku ośmiu lat. Już wtedy uczyłem się jak "tańczyć" z bronią. W wieku 12 lat dostałem pierwszy rewolwer. Pamiętam, że był srebrny i miał wydrążoną gwiazdę w drewnianej rączce. Uśmiecham się pod wpływem wspomnień. Wycieram klingę o spodnie i chowam ją w skórzaną pochwę. Robię powolny krok na przód.
Moje kolana uginają się i ledwo chronię się przed upadkiem. Nabieram powietrza w płuca i przezwyciężając ich ból, robię następny krok. Za każdym razem jest coraz łatwiej. Ból nie znika, ale uśmiecham się zgryzając wargę. To jedyna rzecz, dzięki której wiem, że jestem żywy. Idę wciąż przed siebie, chociaż wydaje mi się jakbym nie poruszał się. Wciągam miecz i co pięć kroków wbijam go w białą powłokę. Idę powoli, aż w końcu, gdzieś daleko przede mną pojawia się plamka światła tak białego, że otaczająca przestrzeń wydaje się być szara.
Pozwalam mieczowi upaść na podłogę, wydają przy tym głośny brzdęk. Mam już cel. Im bliżej jestem, tym światło staje  się coraz bardziej oślepiające. Mój umysł wypełnia muzyka, która z każdym krokiem staje się głośniejsza. Przed zniknięciem w świetle zatrzymuje mnie niewidzialna dla oka, przezroczysta, zimna powłoka. Opieram na niej dłonie. Uśmiecham się, a z moich oczu płyną łzy. Czuję jakby to było jedyne wyjście. Jedyna szansa na wydostanie się z tego cholernego świata. Ale nie mogę z niego skorzystać. Mogę tylko patrzeć, niczym przez okno, obserwować innych. Słyszeć ich głosy, niczym muzykę, ale nie odpowiadać. Moje kolana uginają się pod nagle wyjątkowo ciężkim ciałem. Czuję jak mój świat zapada się, a jakakolwiek szansa na obudzenie, zanika. Kulę się w sobie, opierając plecami o szklaną ścianę.
Wiedziałem, co się stanie, ale i tak mimo wszystko zachowałem resztki nadziei i uruchomiłem swoje ciało, niczym złożoną maszynę, aby brnąć naprzód. Słyszę kroki, dobijające się echem. Nie podnoszę głowy. Mam dość. Nieznajomy klęka przede mną. "Masz dość?" - pyta ten sam chrapliwy głos. Podnosi się i trąca mnie butem. ''Już nie chcesz się bawić?" - prycha ironicznie "Mi się jeszcze nie znudziło". Znów trąca mnie. ''Hej, chcesz żebym przyprowadził żelaznych kolegów? Wydaje mi się, że cię polubili". Kopie mnie tym razem mocniej.
- Odpowiadaj mi! - słyszę krzyk szaleńca.
Łapie mnie za włosy i sprowadza do siadu. Patrzę na niego nieprzytomnie. Tracę dech w piersiach, kiedy po raz pierwszy widzę mego oprawcy. Przyglądam się nadpalonym resztkom, tego co zostało z połowy jego twarzy. Kawałki skóry i nadszarpane mięśnie. Biała gałka oczna, ledwo powstrzymywana przed wypadnięciem przez zmęczone mięśnie, wyglądała tak jakby dawno temu utkwił w niej niemały kawałek szkła. Białe zęby świeciły w połowie szczęki bez policzka. Druga część twarzy wyglądała wyjątkowo znajomo.
Ciemne oko świdrowało mnie nie przyjemnym wzrokiem. Blada skóra wyglądała na oznakę jakiejś poważnej choroby wyniszczającej organizm. Sine, popękane, spierzchłe wargi wyginały się w paskudnym uśmiechu. Czarne, prawie granatowe włosy przykleiły się do krwawego czoła. Prawego ucha nie było w ogóle. A na znak, że kiedyś zajmowało to miejsce była tam tylko czarna dziura wgłąb czaszki.
Dlaczego wyglądał tak znajomo? Bo nie był nikim innym jak mną samym, a raczej kimś kto kiedyś wyglądał tak samo jak ja. Jego sylwetka była lekko garbata. Był bardzo chudy, a widocznie za duże ubrania, były w wielu miejscach nadszarpane i nadpalone. Jego ręce, bardzo chude, zakończone dłońmi o długich i smukłych palcach.
Szarpie mnie, przyprowadzając tym samym do porządku. "Wiesz, kto mi to zrobił?!" - pyta jedną ręką łapiąc mnie za ubranie na klatce piersiowej, a drugą wskazując za swoją twarz. Odwracam wzrok, abym nie musiał patrzeć na nadwątlone ciało. "Patrz na mnie jak do ciebie mówię!" krzyczy. "Nie pamiętasz? Nie pamiętasz, swojego brata?'' - pyta trzęsąc głową. "Urodziłem się pierwszy, ty miałeś nie istnieć. Byłeś tylko gorszą cząstką mnie, która oddzieliła się w czasie podziału komórki. Więc czemu, to jestem teraz cząstką ciebie?!" - krzyczy. Bolesne wspomnienia napływają falami. Przecież nie chciałem, aby doszło do tego co się stało. "Ty! Ty mi to zrobiłeś! Zostawiłeś mnie tam!" - oskarża mnie.
Niechciane od lat wspomnienia pojawiają się przed moimi oczami. Już dawno myślałem, że porzuciłem je na zawsze. Teraz powracają z podwójnym bólem. "Pozwoliłeś mi spłonąć, zostawiłeś mnie tam, duszącego się dymem i trawionego przez żywioł" - krzyczy, a z jednego jego oka wypływają łzy. "Dlaczego?" - mówi cicho, tym samym ochrypłym głosem. Zaciska obydwie pięści na mojej koszuli wciąż powtarzając to samo pytanie, niczym małe dziecko. "Dlaczego pozwoliłeś nam umrzeć?" A ja nie potrafię mu odpowiedzieć.
To było dawno, zbyt dawno. Rodzice wyszli do ogrodu na dworze, razem z resztą rodziny, zostawiając mnie i mojego bliźniaka samych w domu. Miała się nami opiekować niańka, ale ta postanowiła odpocząć na kanapie. Obydwoje mieliśmy ledwo po cztery lata.
Bawiliśmy się w 'kryształowej sali', kiedy wybuchł ten cholerny pożar. Żywioł rozprzestrzeniał się tak szybko, że prawie od razu odciął prawie wszystkie drogi ucieczki, czy pomocy.
Niańka umarła we śnie. Małe dzieci. Zaczęliśmy biec spanikowani przed siebie, byłem słabszy, wkrótce zgubiłem się, co cudem ocaliło mnie. Dzięki temu odnalazłem drogę do pokoju bez pożaru. Był to tak naprawdę wielki pokój podzielony na pół grubą na dziesięć centymetrów szybą, nie do przebicia. Druga część pokoju była miejscem wybuchu pożaru. Tam przez przypadek wbiegł mój brat. Nie mogłem mu pomóc. Mogłem tylko słuchać jego krzyków i patrzeć jak żywcem zostaje pożarty przez żywioł.
Wspomnienie skończyło się, a ja obudziłem się w miękkim łóżku szpitalnym. Twarz miałem mokrą od łez i cały trząsłem się z rozpalonym czołem i wysoką gorączką. Zasłoniłem twarz. Przez moje ciało przechodziły dreszcze. Matt, który siedział niedaleko łóżka zerwał się z miejsca o mało co nie wywalając krzesła, na którym siedział.
- Wszystko w porządku? - spytał nachylając się nade mną.
Dotknął lekko moich dłoni. Położyłem ręce na łóżku. Zmarszczył brwi, siadając na brzegu łóżka i przyglądając mi się dziwnie. Przytulił mnie, ściśle obejmując ramionami.
Zacisnąłem dłonie na jego koszuli, mocząc ją łzami. Pierwszy raz w życiu pozwoliłem sobie żeliwie płakać z powodu strzępków powracających wspomnień. Płakałem prawdziwie, niczym dziecko po utracie najważniejszej rzeczy w jego życiu.

4 komentarze:

Czytelnicy