Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

30.7.14

Piekło, które spadło z Nieba_Rozdział 15

*enjoy!

Uderzenia, które raz po raz stają się coraz silniejsze. Pot na czole, prąd rozchodzący się po całym ciele. Mokra bluzka przyklejona do klatki piersiowej. Serce bijące wraz z równomiernym rytmem uderzeń. Przystaję na chwilę, aby poprawić ochraniacze na dłoniach i wracam do pracy. Worek treningowy odsuwa się wciąż na tą samą odległość i wciąż z tą samą siłą uderza mnie w pięści. Najlepszą rzeczą jest to, że nie myślę. Skupiam się na uderzeniach, pracy nóg, kącie odchylenia worka. Mój umysł wypełniony jest jakby watą. Tak jakby nie było tam nic. Widzę worek i coś pcha mnie do przodu.
Słyszę pstryknięcie i nagle uczucie jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody powraca.
- Aleksandrze, obudź się - ktoś wymawia te słowa szybko i jest wyraźnie zdenerwowany.
Otwieram oczy i zdaję sobie sprawę w jak bardzo dziwnej pozycji jestem. Klęczę przed oknem, dookoła mnie leżą porozrzucane szczątki szkła. Głowę mam odrzuconą do tyłu, jakbym patrzył w niebo. Podnoszę swoje poranione dłonie na wysokość wzroku. Wiem, że Izzy stoi za mną z przerażoną miną. Uśmiecham się krzywo.

***

I pomyśleć, że zaczynałem leżąc na kanapie i poddając się hipnozie. Pokój w którym się znajduję jest jednym z najmniejszych pokoi na parterze. Ściany ma koloru miętowego. Siedzę teraz na krześle przy biurku tyłem do ściany południowej. Na przeciwko mnie znajduje się wyjście. Po mojej prawej stronie stoi kanapa, po lewej szafki wypchane po brzegi aktami pacjentów.
Izzy siedzi na biurku i opatruje mi dłonie. Podnoszę głowę i patrzę na nią przez chwilę. Jest wyraźnie zdenerwowana. Ma przyśpieszony oddech, jej ręce trzęsą się lekko, unika mojego wzroku. Dowiedziała się czegoś, na pewno się czegoś dowiedziała. Nie jest zła za rozbitą szybę, widziałem jej wzrok, zaraz po tym jak się obudziłem.
- Powiesz mi? - pytam.
Nie próbuję jej uspokoić, znam ją, to pogorszyło by sprawę, a tak jest jeszcze szansa. Uśmiecha się, ale nie podnosi wzroku.
- Tajemnica lekarska. O rzeczach, które dzieją się w tym pomieszczeniu ma prawo dowiedzieć się tylko moja przełożona i tylko ona jest osobą decydującą o tym czy ty się dowiesz.
- A co możesz mi powiedzieć? - pytam przełykając ślinę.
Zgryza wargę. Po chwili podnosi wzrok i patrzy na mnie pierwszy raz od dłuższego czasu.
- Nie martw się, to nic takiego - mówi po chwili.
Kiwam głową wstając.
- Idź coś zjedź. Jesteś strasznie blady - uśmiecha się lekko.
Odwracam się i idę w kierunku drzwi. Wyciągam rękę, aby nacisnąć klamkę.
- Naprawdę nie masz się czym martwić - mówi cicho - Nie powiedziałeś nic co dotyczyłoby twojej osoby.
- To cię zaniepokoiło, prawda?
Nie odpowiada. Wychodzę. Zamykam za sobą drzwi. Do pomieszczenia wchodzi czarnowłosa dziewczyna ubrana w białą, prostą sukienkę. Siadam na ławce w poczekalni. Robi mi się słabo. Ostatnio nie sypiam dobrze, a uczucie bezsilności towarzyszy mi przy każdej wykonywanej czynności. Zamykam oczy na chwilę.
- Wszystko okey? - wzdrygam się słysząc płynny, kobiecy głos. Otwieram gwałtownie oczy. Dziewczyna marszczy brwi - Nie wyglądasz najlepiej.
Kładzie swoją zimną dłoń na moim czole. Zgryza wargę. Sprawdza mi puls.
- Lepiej zaprowadzę cię do przełożonej - mówi szybko kręcąc głową.
Łapie mnie za ramię i nie zważając na moje słowa prowadzi w głąb krętych korytarzy. Przed oczami migają mi znane obrazy. Drzwi, ludzie, korytarze. Przestaje odpowiadać na jej pytania, nie reaguję na wielokrotnie powtarzające się moje imię. W uszach słyszę szum własnej krwi i szalone bicie mojego serca. W końcu zaczyna mi się wszystko mieszać. Tracę równowagę, ciało odmawia mi posłuszeństwa. Obraz wydaje się być zamazany i niezrozumiały. Nie wiem co dzieje się dookoła. W mojej głowie rozchodzi się ochrypły śmiech. "Zaczynamy zabawę?" - pyta.  Moje ciało przeszywa silny prąd bólu. Rozchodzi się powoli od centrum klatki piersiowej aż po czubki palców. Wyginam się w dziwnej pozycji. Nabieram szybko powietrza do płuc. Ból uchodzi dopiero po chwili. Powoli fale stają się delikatniejsze. Zaczynam słyszeć dźwięki. Rozmowy, gratulacje, równomierne piski maszyn. Otwieram wreszcie oczy. Wszelkie dźwięki już dawno zanikły, a w pokoju pozostała tylko jedna osoba. Nie mam siły mówić, a co dopiero poruszać się.
- Myślałem, że śpisz - słyszę drwiący, ochrypły, męski głos.
Zamykam oczy z powrotem. Od razu go rozpoznaję. Na moich ramionach pojawia się gęsia skórka. Zbyt często słyszę go w swoich myślach, by go teraz nie rozpoznać.
- Jak? - pytam ochrypłym, cichym szeptem. Tylko na tyle mnie stać.
Nie widzę go, ale wiem, że na jego ustach pojawia się ten paskudny uśmiech.
Czuję jak jego zimne palce zaciskają się martwą obręczą wokół mojego nadgarstka. Smukła, szorstka, nieprzyjemna dłoń toruje sobie drogę w dół mojego ramienia.
- Martwię się o ciebie - szepcze. W pokoju jest zbyt ciemno, abym mógł zobaczyć jego twarz, zawsze tak jest. Bawi się mną, moim umysłem, męcząc mnie, trzymając w tajemnicy jego osobowość.
 Jestem zbyt wyczerpany, aby mieć otwarte powieki.
- To koniec - szepczę ledwo słyszalnym tonem.
Pochyla się i całuje wierzch mojej dłoni. Zdradziecki pocałunek. Z chęcią wyrwałbym swoją pięść i uderzyłbym go prosto nos, ale nie mogę. Jestem sparaliżowany.
- Nie - mówi gładko, głaszcząc mnie po ramieniu - To dopiero początek.

Scena zmienia się nagle. Lecę w dół, spadam. Otoczenie jest okropnie białe. Moje ciało nabiera prędkości, aż w końcu upadam. Uderzenie pozbawia mnie oddechu. Podnoszę się powoli. Najpierw na kolana. Rozglądam się, ale wokół mnie nie ma kompletnie nic. Tylko labirynt, zbudowany z wysokich, śnieżnobiałych ścian. Wstaję nabierając powietrza do płuc. Podchodzę do jednej ze ścian i dotykam jej gładkiej powierzchni. Patrzę w górę niej, ale wydaje się nie mieć końca. Odwracam głowę i zauważam ogromne lustro na przeciwległej ścianie.
Dałbym sobie głowę uciąć, że wcześniej go tam nie było. Przyglądam się swojemu śnieżnobiałemu garniturowi, koszuli, spodniom i butom. W lewej klapie marynarki włożoną mam krwistoczerwoną różę. Jednak nie to przykuwa moją uwagę. W lustrze widzę dziewczynę.
Ubraną w suknię balową tego samego koloru co moja marynarka. W czarne wysoko upięte włosy wplecioną ma różę. Wydaje się być równie zdezorientowana co ja. Rozglądam się, jednak dziewczyna jest tylko odbiciem. Podchodzę do lustra i uderzam w zimną srebrzystą taflę z całej siły. Ta jednak nie pęka. Dziewczyna odwraca się i znika za rogiem. Odwracam się i idę korytarzem przed siebie.
"Podoba ci się?" - słyszę rozbawiony głos w swojej głowie. Ignoruję go, przyspieszając. Skręcam, idę prosto, lewo, prawo, a korytarze wciąż takie same, wydają się nie kończyć.
Skręcam jeszcze raz w lewo i wchodzę w wąski korytarz z pozoru wydający się być ślepym zaułkiem, kończącym się lustrem. Podchodzę do niego i dotykam zimnej powierzchni. Patrzę na samego siebie. Słyszę krzyk. Moje tętno nagle wzrasta, na ramionach czuję gęsią skórkę. Moje własne odbicie uśmiecha się do mnie drwiąco.
Wyjmuje sztylet, o klindze długości mojego przedramienia. Obraca ostrze w palcach, a jego uśmiech powiększa się. Oblizuje się.
"Kolejna osoba, której nie będziesz potrafił ochronić przed samym sobą?" - pyta odwracając się. Jego śmiech odbija się echem po pomieszczeniu. Patrzę na swoje odbicie, dopóki nie znika za rogiem. Słyszę krzyk, tym razem wyraźnie gdzieś niedaleko. Odwracam się i biegnę najszybciej jak tylko mogę. Mijam kilka korytarzy, aż wbiegam do dużego pomieszczenia o suficie w kształcie kopuły. Dostrzegam ją po drugiej stronie. Stoi tyłem. Podchodzę do niej powoli.
-Wszystko w porządku? - pytam cicho wyciągając rękę w jej stronę.
Odwraca się nagle. Włosy stają mi dęba gdy na nią patrzę. Ostrze, które widziałem wcześniej w swoich dłoniach, teraz jest wbite tuż pod jej splot słoneczny.
Cały przód jej sukni jest zakrwawiony. Dłonie ma zaciśnięte na rękojeści sztyletu.
Po jej policzkach spływają słone łzy. Czerwień róży wplecionej w jej włosy blednie przy kolorze krwi na jej rękach i sukni. Jej małe ręce zaciskają się na ostrzu jeszcze mocniej i powoli wyciąga je ze swojego wnętrza. Ostrze upada na ziemię. Dziewczyna zaczyna się chwiać. Podbiegam do niej i chronię ją przed upadkiem. Delikatnie kładę na podłodze.
"Dlaczego?" - pyta cicho, szlochając.
Próbuję tłumaczyć jej, że to nie ja, że chciałem ją chronić, chcę wziąć ją na ręce i zabrać gdzieś, gdzie można by ją uratować, ale zamiast tego czuję zimno sztyletu w swoich zakrwawionych dłoniach. Nie wiem jak się tu znalazł, ale wiem że krew na moich rękach nie jest moja, a jej właściciel już nie żyje. Odwracam nóż w swoja stronę i wbijam go zdecydowanym ruchem w swoją pierś. Nie czuję bólu, tylko dziwny prąd rozchodzący się po moim ciele.

***

Budzę się, otwieram oczy i podnoszę się do siadu. Całe moje ciało jest otępiałe. Wstaję z łóżka i przechodzę przez pokój, wychodzę na korytarz i wchodzę do pomieszczenia naprzeciwko tylko po to, by znaleźć w nim martwe ciało dziewczyny z moich snów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytelnicy