Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

16.6.14

Piekło, które spadło z Nieba_Rozdział 13

Szczęśliwa Trzynastka    hahahahahhahahahahahahahaha... zła trzynastka!
*enjoy


Świadomość.
Kiedy powraca, zaczynam czuć ból, przez co znów zapadam się w ciemność. Dzieje się tak często. Na chwilę otwieram oczy widzę ludzi wokół mnie, słyszę jak do mnie mówią, i nawet odpowiadam, ale to trwa tylko chwilę. Kilka nic nie znaczących sekund, aby znów wejść w stan omdlenia. Nie potrafię zrozumieć co się dzieje.To wszystko, wydaje się być na wyciągnięcie ręki, ale nie mogę nią nawet ruszyć. To jest tak jakby , ktoś stale podtrzymywał moją głowę pod wodą. W dodatku lodowatą i brudną wodą.
Otwieram oczy. Powoli z dużymi trudnościami. Przez pierwsze, kilka minut po prostu wpatruję się w sufit, jak głupi. Lekko podnoszę głowę i rozglądam się. Pokój jest nie wielki i całkowicie biały. Ściany, sufit, podłoga, nawet drzwi. Wszystko białe. I bez żadnego kąta, czy okna. W całym suficie i w podłodze, ulokowane są niewielkie żarówki oświetlające pomieszczenie. Nie ma tu zbyt dużo rzeczy. Moje łóżko, krzesło obok, szafka i kroplówka i kilka innych maszyn. Wszystko białe. Opadam na poduszki. Chcę podnieść rękę, aby przeczesać włosy, ale nie mogę. Patrzę w dół. Mrużę oczy. Jestem przypięty pasami do łóżka. Pasy to jedyna czarna rzecz w tym pokoju. Jest ich sześć: na klatce piersiowej, zgięciach łokci, nadgarstkach, biodrach, kolanach i kostkach nóg. Nawet ja jestem ubrany w białą koszulę. Próbuję się wyrwać, ale po kilku nieudanych razach poddaję się. Patrzę na szafkę. Stoi tam szklanka wody, butelka, jakieś zwiędnięte kwiaty we flakonie. Nagle czuję jak bardzo spragniony jestem. Jakimś cudem udaje mi się wyswobodzić prawą rękę z pasa na nadgarstek. Sięgam po szklankę wody. Już prawie. Brakuje mi kilku centymetrów. Przesuwam się i wyciąga jak mogę. Już ją dotykam.
- Tak - szepczę zadowolony biorę szklankę do ręki.
Podnoszę ją, ale wypada mi z ręki i rozbija się o podłogę z trzaskiem. Otwieram usta. W moich myślach przewija się długa wiązanka przekleństw.
- Kurwa - wybieram w końcu.
Nawet nie mogę dotknąć swojej twarzy. Słyszę otwieranie się drzwi. Do pokoju wchodzi rudowłosa dziewczyna. Zamyka drzwi. Odwraca się w moją stronę i staje zażenowana.
- Za każdym razem - wzdycha.
Podnoszę na nią wzrok i otwieram spękane usta.
- Też miło cię widzieć - szepczę - Możesz mnie rozpiąć?
- Nie - odpowiada wzruszając ramionami - Znowu się poranisz. Jesteś niebezpieczny dla samego siebie zaraz po przebudzeniu.
Gdybym tylko mógł, podrapałbym się po głowie w tej chwili.
- Co zrobiłem? - pytam ochryple.
Podchodzi do mojego łóżka, nie zważając na szkła. Siada na krześle.
- Rozprułeś sobie ranę, wyrwałeś kroplówkę, wytarzałeś w szkle i różach - uśmiecha się jakby opowiadała jakiś dobry żart - I zabrałeś od siebie stały dopływ tlenu. Miałeś problemy z oddychaniem podczas śpiączki - poważnieje.
Patrzę na nią bez słowa, czy jakiegokolwiek uczucia. Wzrusza ramionami. Podnosi moje łóżko tak, abym na w pół siedział. Wyjmuje szklankę z szafki, nalewa wody, wsadza słomkę i przybliża do moich ust. Już po pierwszym łyku zaczynam się krztusić.
- Spokojnie - mówi, odgarniając mi grzywkę z czoła.
Po chwili siada.
- Dobra odpowiesz mi na kilka pytań i dam ci spokój na dziś.
- Najpierw mnie rozepnij - mówię.
- Nie ma mowy.
- Rozepnij.
- Nie.
- Nie będę współpracował.
Wzdycha.
- Odpowiesz mi na pytania, a wtedy cię rozepnę. Ale zależy to od twoich odpowiedzi.
Patrzę na nią podejrzliwie.
- Zgadzasz się na taki układ?
Potakuję głową. Musi to naprawdę zabawnie wyglądać, bo wciąż jestem przechylony na lewą stronę.
- To zaczynajmy. Byłeś w śpiączce trzy tygodnie. Praktycznie zrosły ci się już wszystkie złamane kości, a rany zarosły.
Potakuję głową.
- Jak to możliwe, że zrosła ci się kość w dwa tygodnie?
Wzruszam ramionami.
- Zwykły człowiek nosi gips nawet do 6 tygodni, najlepsi nocni łowcy, przy tak poważnym złamaniu nie mniej niż 3 tygodnie, potem przynajmniej miesiąc rehabilitacji. A tobie wystarczyły 2 tygodnie. Zawsze tak szybko wracałeś do zdrowia?
Zastanawiam się przez chwilę po czym wzruszam ramionami ponownie.
Wzdycha.
- Dobrze zacznijmy od podstaw. Jaki masz na imię?
- Aleksander - mówię powoli.
- Nazwisko?
- Williams - szepczę po chwili.
- Dobrze, teraz mi powiedz ile masz lat?
Myślę przez chwilę.
- Który jest dzisiaj?
- 13 marca.
- Osiemnaście i pół - szepczę po chwili.
- Okey. Jak ja mam na imię?
Marszczę brwi. Patrzę na plakietkę, ale nie mogę rozczytać. Zaczyna boleć mnie od tego głowa. Staram się przypomnieć.
- Gloria? - pytam po chwili.
- Tak, tak ci się przedstawiłam.
- Jak masz tak na prawdę na imię?
- Mam dużo imion Aleksandrze - uśmiecha się - Najczęściej jestem Glorią, kiedy indziej Eir. Nazwisko Ravendall. Co tu robisz?
- Leżę - mówię po chwili.
Wzdycha.
- Jak dostałeś się do szpitala? Pamiętasz co się działo?
- Większość.
- A jak twoje samopoczucie?
- Oprócz tego, że przeznaczone jest mi umrzeć, to świetnie się bawię. Zwłaszcza, że jestem przypięty do łóżka i nie mogę się ruszyć. Czuję się wspaniale - Zaczynam kasłać.
- Właśnie widzę.
Wstaje odpinając mi trzy pierwsze pasy.
- Pochyl się do przodu - mówi, zakładając stetoskop - Oddychaj głęboko.
Po chwili kładzie mnie z powrotem ogląda moje gardło, sprawdza węzły chłonne, temperaturę i tętno.
- Okey - mówi - Jest w porządku. Potrzebujesz czegoś? - pyta zbierając szkła z podłogi.
- Rozpiętych pasów.
Wzdycha.
- Trzy pierwsze. Reszta zostaje.
Mrużę oczy. Nie podoba mi się ten układ. Chcę wolności. Jednak nic nie mówię. Przymykam powieki. Słyszę odgłos szpilek odbijających się o podłogę.
- Alek? - pyta dziwnie.
- Tak? - odpowiadam słabo.
- Masz przeżyć - słyszę - To rozkaz - dodaje po chwili, po czym wychodzi.
Jej głos. Nie brzmiał na zmartwiony ani przez chwilę. Był bezwzględny, pewny siebie... Dziwnie znajomy... Znam ten sposób mówienia... Choć nie jestem pewien skąd...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytelnicy