Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

19.5.14

Piekło, które spadło z Nieba_Rozdział 12

No, więc 12 rozdział.

*enjoy!

W ŚPIĄCZCE

Rany na rękach szybko znikały. Złamana kość promieniowa szybko się zrastała. A ja wciąż nie budziłem się. Wszystko działo się zbyt szybko. Moje ciało w niesamowitym tempie wracało do normalności. Prawdziwej normalności.

- Alec. Czy kiedy mówiłeś do swojej matki, a ona nawet o tym nie wiedziała, to też czułeś to okropne zażenowanie? - westchnienie - Mniejsza o to. Większość ludzi słyszy kiedy mówi się do nich gdy są w śpiączce, prawda? Tabletki, które brałeś... Były bardziej niebezpieczne, niż myśleliśmy. Obniżały odporność, krzepliwość krwi, dając ci ogólne uczucie ciężkości, senności... Jak ty w ogóle wytrzymywałeś na treningach? I jeszcze jedna rzecz. Jest was czwórka. Czwórka ludzi o błękitnej krwi, wywodzących się z wielkich pierworodnych rodów. Wszyscy dostaliście te same leki od tego samego człowieka. Dobrze, że ta mała żmija już nie żyje. Aki mówił: doktor Henrykson zginął śmiercią bliżej nieznaną, ale znając jego to pewnie już dawno pokroił go na kawałeczki i nakarmił swoje stado. Ach, tak wracając do tematu. Wszyscy macie tą samą sytuację, ale tylko jedno ma prawo przeżyć. Staramy się was ratować, ale to nic nie daje. I pomyśleć, że to wszystko sprawka jednego szalonego człowieka - jej głos ucichł na chwilę - Nie chcę, aby którekolwiek z was umierało, ale tak to już jest w tym zawodzie. Kiedy ktoś wreszcie od lat poczuje się lepiej, to daje to ogromną nadzieję, a następnego dnia znajdujesz go martwego - westchnęła - Wiem, że masz dużą szansę to przeżyć - zaczęła cichym, delikatnym głosem - Nikomu z was nie życzę śmierci, ale jeśli stawiałabym zakłady, postawiłabym na ciebie - powiedziała - Wróć do nas jak najszybciej.

Jedynym moim towarzyszem jesteś ty. Ty, która wyłoniłaś się z ciemności. Ty, która obdarzyłaś światło dnia nieufnością tak wielką, że wciąż pozostajesz w cieniu. Czemu światło tak cię przeraża. Czemu nie dajesz mi zobaczyć swej twarzy? Czego boisz się tak naprawdę? Czego ja powinienem się bać?

- Cześć. My się chyba nie znamy. yyyy... To znaczy ty nie znasz mnie - chwila przerwy - Przepraszam. Trudno rozmawiać z kimś , kto ci nie odpowiada. Jestem Annie. Taka jak ty. Jeśli wiesz o co mi chodzi - dotyka lekko mojego ramienia, na którym znajduje się głęboka bruzda - Widziałam jak walczyłeś. Byłeś naprawdę dzielny. Większość ludzi pewnie po prostu zabrałoby się z stamtąd, a ty zostałeś. Byłeś niesamowity - rana na ręce zaczęła się zarastać pod wpływem jej dotyku - Nie wiem dlaczego, ale coś w środku mnie kazało ci podziękować. Może dlatego, że sprawiłeś, że przestałam się czuć tak bardzo bezbronna. Naprawdę nie wiem dlaczego. Samo patrzenie na osobę tak silną jak ty mimo tych wszystkich niepowodzeń - westchnienie, a po chwili dźwięk cichego szlochania - Przepraszam. To moja wina - szepcze - Wiedziałam, że to się stanie, a i tak nikogo nie zawiadomiłam. Bałam się. Przepraszam. Gdyby nie ty to ja bym tutaj leżała, nieprzytomna...
- Annie? Co ty tu robisz? - francuski akcent - Szukałam cię. Daj spokój temu biednemu chłopakowi - chwila przerwy - Annie? Czemu płaczesz? - szloch - Znowu te wizje? Nie martw się. Ona nie są prawdziwe. Po prostu je od siebie odrzuć. Musisz być silna, Annie, musisz być silna.
Głos jest coraz cichszy, coraz dalszy, aż w końcu zanika, pozostawiając mnie otulonym w grubej warstwie ciszy.

Jesteś tam? Nie słyszę nic. Chyba jej nie ma. Od kilku dni jej nie wyczuwam, jakby zniknęła. Siedzę więc sam. Znów, tak jak na początku. Jedyny w małym kręgu oświetlonym przez słońce, a dookoła ciemność. A co jeśli to nie ona boi się światła, tylko ja ciemności? To pytanie zaczyna pojawiać. Kołata mi w głowie, obija się o ścianki mózgu, zmusza do myślenia, intryguje, zachęca do spróbowania. Najpierw odchodzę kilka kroków, badam co jest dookoła, ale po chwili i tak wracam do kręgu. Z czasem zaczynam obywać się bez światła, wypuszczam się na większe odległości, a w końcu i tak wracam bliżej niego.Światło jest dobre. Światło jest ciepłe. Światło daje nadzieje.

- Hej, tu Annie. Śpisz już trzy tygodnie. Chyba pora wracać mój przyjacielu - chwila ciszy - Alek? Alek, pamiętaj, że czasem ciemność jest bezpieczniejsza - Bierze głęboki oddech - Nie idź w stronę światła. To nigdy nie kończy się dobrze.

Ostatnie chwile. Cieszę się ciepłem na mojej skórze. Przebywam w kręgu przez jakiś czas. Przygotowuję się przed wyruszeniem. W końcu zbieram się sam w sobie, bo jestem jedyną rzeczą którą mogę zabrać. Odwracam się w którąkolwiek stronę i idę. Idę pilnując, by światło znajdowało się dokładnie za mną. I jestem coraz dalej i dalej. W końcu to co wyglądało na okrąg, teraz jest jedynym, cienkim promieniem słońca przecinającym czarne, pochmurne niebo. Im dalej jestem, tym pokusa by wrócić jest większa. Zaczynam więc biec przed siebie. Coraz bardziej zapadam się w ciemność, oddalam od światła. W końcu jestem tak daleko, że mała wstążka jest prawie niewidoczna, a kiedy zanika całkowicie, oddycham głęboko. W nosie czuję zapach młodej trawy na wzgórzach sprzed lat. Dłońmi dotykam czegoś co znajduje się przede mną. Skały. Ich powierzchnia jest chropowata, zimna i wilgotna. Idę w górę, potykając się o stopnie skalne. Idę wyżej i wyżej, aż wreszcie słyszę szum. Dźwięk jest coraz głośniejszy i coraz bardziej rozpoznawalny. Powietrze robi się coraz cięższe od nadmiaru pary wodnej. Czuję jak włosy skręcają mi się i przylepiają do czoła. Szum jest już tak głośny, że przestaję słyszeć własnych myśli. Nic nie widzę, dookoła jest tylko ciemność. Trudno uwierzyć, ż e to wszystko nie istnieje, że dzieje się tylko w mojej głowie, że to tylko cząstki moich wspomnień. Nawet nie potrafię sobie przypomnieć czy byłem kiedyś w górach, choć musiałem być. Przecież nie wyobraziłbym sobie tego wszystkiego. Ruszam przed siebie szukając rękami wody. Zanurzam je. Czuję chłód przepływającej przez palce wody. I wtedy otwieram oczy. Ale dookoła nic nie ma. Czy to możliwe. Widzę biel. Gdzie się nie obejrzę tylko czystą biel. Choć między palcami jednej dłoni wciąż przepływa mi woda, a pod drugą czuję nierówności skalnego występu. Ale nie widzę też swoich rąk. Patrzę w dół, ale nic tam nie ma. Co jeśli to wszystko nie istnieje? Co jeśli ja tak naprawdę nie istnieję? Nabieram powietrza do płuc, zdając sobie sprawę z tego że nie oddychałem od początku. Czuję tylko mdlenie. A kiedy panicznie zaczynam szybko oddychać... Dławię się. I zaczynam wszystko tracić. Twarda, zimna, chropowata skała znika spod mojej dłoni. Znika woda, świeży zapach, trawa pod nogami i znika szum. Powoli oddalam się. Choć tego nie chcę. Chcę zostać tam w zapomnieniu, ale nie da się.

Biel, zamienia się w czerń. Nie czuję się już wolno. Czuję ból i otępienie. Leżę na czymś nie zbyt wygodnym. Pod dłońmi czuję chropowatość prześcieradła. Szybko poruszam gałkami ocznymi pod powiekami. A po chwili powoli je otwieram. Machnąłem szybko ręką. Moja dłoń zderzyła się z czymś, a to spadło na podłogę rozbijając się. Otwieram szeroko oczy. Podnoszę się i pierwsza moja myśl sprowadza się do nabytego przez lata odruchu.
Uciekać! - wydaje polecenie mój mózg. Podnoszę się do siadu. Zwisam nogi z łóżka i próbuję się podnieść na bezsilnych ramionach. Już stoję. Dobrze teraz do wyjścia. Jednak nogi odmawiają posłuszeństwa. Upadam na podłogę wyrywając sobie przy tym igłę tkwiącą w moim nadgarstku. W pokoju rozlega się głośne piszczenie. Widzę krew wypływającą z rany, ale nie czuję bólu. Czuję tylko otępienie. Rozglądam się za czymś na czym mógłbym się podciągnąć. W pokoju jest dość ciemno. Choć patrząc przez okno wydają się być godziny ranne. Ślizgam się we własnej krwi. Upadam po raz drugi... i daję za wygraną. Oddycham płytko i przymykam powieki. Słyszę jak drzwi do pokoju otwierają się z łoskotem. Do pokoju wpada jasne światło. Ktoś wyłącza ten okropny dźwięk, inny przykłada mi coś do ramienia, jeszcze ktoś inny mnie podnosi i kładzie na tym niewygodnym łóżku. Mam na wpół przymknięte powieki i wszystko widzę, ale nie potrafię zrozumieć co się dzieje dookoła. Słyszę jak piszczenie zaczyna się od nowa. Ktoś mocno naciska na moją klatkę piersiową. To wszystko. To wszystko zanika. I słyszę tylko pisk. Krzyk kobiety przed śmiercią. A może to ja umieram?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytelnicy