Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

12.1.14

Piekło, które spadło z Nieba_Rozdział 9

Doszłam do wniosku, że gdyby ktoś chciał przypilnować mnie do napisania książki, to nie wytrzymałby psychicznie :).
enjoy*



- Nie możesz zwyczajnie go obudzić? Przez ostatnie kilka dni tylko śpi i śpi!
Spojrzał na niego z kompletnym zażenowaniem. Zaczynało go denerwować to w jaki sposób się zachowywał ten chłopak. Uśmiechnął się.
- Nie pomyślałeś, że może być chory?
Zrobił zdziwioną minę.
- Nie. Wcale nie, pewnie nie chce mu się nic robić.
Białowłosy westchnął. Miał dosyć. Przez ostatnie kilka dni nie robił nic tylko starał się trzymać małego blondynka daleko od Alec'a. Wyciągnął paczkę papierosów z kieszeni i włożył jednego do ust. Wyjął zapalniczkę i zapalił. Dawno tego nie robił. Papierosowy dym przywoływał mnóstwo wspomnień. Wzruszył ramionami.
- Rób co chcesz. Najwyżej on cię tylko zabije.
Blondyn uśmiechnął się. Przyjrzał się śpiącemu w samochodzie. Zamachnął się, aby  kopnąć go. I wtedy wydarzyło się coś dziwnego. Chłopak natychmiast otworzył oczy i złapał go za nogę, po czym mocno przekręcił ją w lewą stronę. Blondyn zarył twarzą w lód, wydając przy tym zdławiony bólem dźwięk. Wyrwał się przyrodniemu bratu, zrobił zgrabny przewrót w tył i usiadł na śniegu, masując sobie prawy nadgarstek.

Wstałem podciągając się na drzwiach. Moje nogi nadal nie spełniały swojego zadania tak jak powinny. Spojrzałem na siedzącego na śniegu Nicka. Patrzył na mnie ze zdziwieniem i odrazą. Znałem to spojrzenie.
- Nie bije się leżącego - mruknąłem.
 Mój wzrok powędrował na Matta. Zarzucił mi na plecy kurtkę.
- Palisz? - zdziwiłem się.
- Nie - mruknął, wyrzucając peta w śnieg i przydeptując go. - Kiedyś, ale już nie. - Odwrócił wzrok.
Podbiegła do nas Katrin uśmiechając się promieniście. Choć na dworze było jakieś 12 stopni na minusie, jej płaszcz nie był zapięty. Na nogach miała buty na obcasie sięgające kolana, zapięte ledwo do kostki. Jasny płaszcz sprawiał wrażenie jakby go wcale nie było, na tle śniegu. Białą, puchatą czapkę, pod którą skryte były czerwone włosy. Jej usta rozciągały się w pięknym, delikatnym uśmiechu. Jak można było jej nie kochać?
- Wszystko w porządku? - zawołała na widok podnoszącego się z ziemi Nicka.
Odpowiedziało jej tylko jakieś burczenie i kilka siarczystych przekleństw. Uśmiechnęła się.
- To dobrze - powiedziała słodko, klepiąc go po ramieniu.
Spiorunował ją wzrokiem. Zaśmiałem się.
- Czekaj pomogę ci - mruknęła na widok mnie usiłującego wyjąc kule z samochodu.
- Dam sobie...
- Nie, nie dasz.
Wyciągnęła je podała mi.
- Idziemy? - spytała.
- Gdzie reszta?
- Poszła zarezerwować pokoje w jakimś niedalekim hotelu.
- Co? Przecież tu nie zostajecie.
Uśmiechnęła się.
- My nie, ale Luck z Mattem tak.
- Czemu?
- Luck, chciał zostać sam, ale Barbara zaczęła się denerwować,więc Matt zgłosił się na ochotnika.
- Idziemy? - powtórzyła cierpliwie.
Westchnąłem.
- Musimy? - spytałem. To miejsce napawało mnie odrazą, choć ogromny budynek stojący przede mną, wyglądał na przytulny i miły.
- Musimy - powiedziała dziewczyna z uśmiechem na ustach.

Poruszanie się po lodzie na kulach, choć z pozoru wydawało się trudne, wcale takie nie było. Szło mi całkiem dobrze, nie licząc tych kilku momentów, przez które się o mało co nie wywaliłem.
Parking był ogromny, więc trochę nam zajęło, zanim doszliśmy do drzwi. Widziałem różne istoty. Człekokształtne, o oślizgłej zielono-żółtej skórze, dużych wyłupiastych oczach, o węgorzach zamiast włosów i błonie miedzy palcami. Inne o skórze w dowolnym kolorze. Zobaczyłem tęczę. Wkoło kręcili się czarownicy, niektórzy z rogami, inni z kolorową skórą, jeszcze inni o wężowych oczach. Usłyszałem wycie. Spojrzałem przez ramię i zobaczyłem wilki wychodzące z lasu, ich przywódca z dwoma innymi zmienili się w ludzi, inne pozostały pod postacią demonicznych psów, otrzepując futro ze śniegu i wody. Katrin uśmiechnęła się na widok trójcy.
Przewodniczący był młodym, przystojnym mężczyzną o złotych włosach, jednym okiem zielonym jak młoda trawa, a drugim jak morze w zimie. Jego policzek zdobiła paskudna szrama, zaczynająca się od oka, aż po sam podbródek. Miał szarawą skórę.
Podszedł do nas i skinął nam głową. Jednak moja siostra zwróciła uwagę na chłopaka po prawej. Uśmiechnęła się do bruneta, podeszła do niego zamieniając z nim kilka słów.
Złotowłosy uśmiechnął się do Matta, podał mu rękę i zaczął rozmawiać. Miał walijski akcent, przeciągał samogłoski.
- Wasza dziewczyna, spoufala się z naszym - mruknął.
- Wasza? - spytał Matt. - Nie jest moja.
- Ach tak - powiedział drapiąc się po bliźnie w zamyśleniu - Zmienny jak rzeka. Nigdy się nie dostosujesz? - spytał nie oczekując jednak odpowiedzi. Matt uśmiechnął się. Katrin wróciła do nas z rumieńcami na twarzy. - Więc do zobaczenia kiedyś - mruknął.
Spojrzałem na chłopka z którym przed chwilą gadała Katrin. Miał spuszczoną głowę.
- Jak się nazywa... - zacząłem.
- Alfa? - Matt spytał uśmiechając się - Xavier. Miły chłoptaś i wspaniały przywódca.
- Czy wy...? - spytała Katrin z jeszcze większymi wypiekami na twarzy, patrząc co raz na Matt'a to na oddalającego się szybkim krokiem Xavier'a.
Matt zaśmiał się cicho patrzą w tamtą stronę.
- Nieeee... - mruknął w zamyśleniu. - To mój znajomy... Może kiedyś byliśmy trochę bliżej, ale nieeee... - Nick i Katrin patrzyli na niego jak świnia na malowane wrota. Było widać jak bardzo ich interesują takie opowieści. Zresztą coraz częściej widząc go tylko w bibliotece, prosili o opowiedzenie jakiejś historii, a zaczęło się od tego jak któregoś razu przyszedł do nas na wizytę jeden z czarowników i okazało się, że się znają i tamten zaczął wspominać jak się poznali i różne takie. A ja zacząłem się zastanawiać,jak to możliwe, że 26-letni chłopak w swoim krótkim, życiu tyle przeżył i poznał tak dużo ludzi.
Matt przewrócił oczami.
- Kiedy indziej o to zapytajcie.
- Ta jest szwagier - powiedział Nick. Sam nie wiem kiedy zaczął go nazywać 'szwagier', przecież nie był z nami w najmniejszym stopniu spokrewniony.
Dotarliśmy wreszcie do recepcji. Alleluja. Matt przeprosił nas na chwilę i jako, że był jedyny osobą pełnoletnią poszedł porozmawiać z miłą panią, zamkniętą w małym pomieszczeniu. Porozmawiał z nią chwilę i skinął na mnie głową. Podszedłem i po wypełnieniu wszystkich formalności miałem czas na pożegnanie się z rodziną(choć szczerze mówiąc na nią wcale nie wyglądali, trzech chłopaków jeden z białymi włosami, drugi z czarnogranatowymi i trzeci ze złotymi i jeszcze dziewczyna, która mogłaby uchodzić za siostrę Alec'a gdyby nie naturalnie czerwone włosy, nieeee ale ta rodzina jest tylko trochę dziwna), jako że miałem jej nie widzieć przez następny tydzień plus, minus kilka dni. Mój niewielki bagaż został tu przywieziony dzień wcześniej i czekał potulnie w moim pokoju. Uśmiechnąłem się do nich. Katrin ze łzami w oczach rzuciła mi się na szyję.
- Ej no. Mała, nie będzie mnie tylko tydzień - mruknąłem przytulając ją. - Moja mała 15-nastolatka...
- Rocznikowo 16-nastolatka - poprawiła mnie odsuwając się.
Uśmiechnąłem się do niej czochrając jej lekko włosy.
Podszedł do mnie Nick i tylko przytulił mnie krótko, wymawiając cicho słowo przepraszam. Skinąłem mu głową. Uśmiechnąłem się do nich po raz ostatni i ruszyłem z Matt'em przez szklane drzwi w głąb szpitala. Przystanął za nimi i uśmiechnął się krzywo.
- Idziesz prosto i pytasz o niejaką Izabell. Raczej szybko ją tu znajdziesz. Wszyscy ją znają, no cóż to jedyna Izzy w tym szpitalu.
Odwróciłem się do niego na kulach i poczułem wibracje telefonu w kieszeni. Wyciągnąłem go i spojrzałem na wyświetlacz. Dzwoniła Kinga. Mała czarownica ze szkoły, do której chodzę(rzadko, ale jednak). Kiedyś uratowałem ją przed demonem i od tamtej pory nie chce się odczepić. Nie wiem nawet kiedy zabrała mi telefon, żeby zapisać swój numer. Znałem ją na tyle dobrze, że wiedziałem że będzie dzwonić aż do skutku. Rzuciłem telefonem o ścianę z całej siły, a potem nadepnąłem na niego przypadkiem. Spojrzałem na Matt'a, który wydawał się być nie mało zdziwiony.
- Kupcie mi telefon na gwiazdkę - mruknąłem wyrzucając go do kosza.
Objął mnie bez słowa. Uśmiechnąłem się. Dobrze wiedzieć, że on cokolwiek czuje(dla niektórych ludzi wyczekujących jakiegokolwiek mojego przejęzyczenia, to jest tylko przyjacielski uścisk, chyba). Odsunął się i wyciągnął coś z kieszeni. Była to czterolistna koniczyna zatopiona w szkle. Zamknął ją w mojej dłoni.
- Miejmy nadzieję, że wszystkie badania wyjdą dobrze - Uśmiechnął się lekko - Pamiętaj, że wszyscy się o ciebie martwimy.
Odsunął się, skinął mi głową i wyszedł przez szklane drzwi. Patrzyłam przez chwilę na czterolistną koniczynę. Czy on mi właśnie dał do zrozumienia, że się o mnie martwi?
Usłyszałem klaskanie za sobą. Odwróciłem się. Czarnowłosy chłopak z ciemnymi oczami, siedzący na krzesełku niedaleko, udawał wzruszenie.
- Cóż za romantyczna scena - mruknął ironicznie.
W jednej chwili poczułem, że już nie darzę go sympatią.
- Aki, nie bądź niemiły dla zielonych. - Powiedziała dziewczyna wyłaniająca się z gabinetu obok, szperając w papierach, a zaraz za nią Alfa, którego poznałem na parkingu.
'Aki' splunął na ziemię.
- Dla niego jestem jeszcze miły, ale dla twojego brudnego psa, niekoniecznie.
Xavier zjeżył się i warknął na niego pokazując ostre kły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytelnicy