Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

25.4.13

Piekło, które spadło z Nieba_Rozdział 4

A teraz ta upragniona przez wszystkich chwila... Tam-tara-daaaam!!! Oto i rozdział 4. Naprawdę bardzo was przepraszam, ale internet mi padł na czas nieokreślony. Więc łudzę jeszcze nadzieję, że mi wybaczycie.
Hahahahaha.... jestem wredna .... zaspojlerowałam Kaminakę :).... biedactwo, ale wiesz że zapewne nie jest tak jak ci powiedziałam nie? wiesz? to teraz już wiesz... :)....

*enjoy!


Byłem pod wodą głęboko pod wodą. Moje ciało było lekko otępiałe. Podniosłem głowę widząc wysoko nade mną powierzchnię. Odbiłem się od dna. Płynąłem w górę z coraz większą trudnością. Czułem jak moje ciało drętwieje z każdą chwilą brnienia w górę. Pod wpływem zimnej wody moje zmysły tępiały tym bardziej, im byłem bliżej wyjścia z wody. W końcu nie widziałem już nic. Nie mogłem się prawie poruszać. Trzepotałem się jak motyl w siatce. Chciałem się uwolnić. Pragnąłem tego tak bardzo. W pewnym momencie nie poruszałem się na przód. Trwałem w jednym miejscu. Czułem się jak dzikie zwierzę w klatce. Ze ściśniętą klatką piersiową. Nie mogłem oddychać. Czułem nasilający się ból. Jakby ktoś wbijał mi igły. Poczułem jak czyjaś ręka zaciska się wokół mojego nadgarstka. Przytknął usta do moich wtłaczając mi powietrze do płuc. Otworzyłem szeroko oczy, używając życiodajnego tlenu. Miał brązowe, trochę zmieszane z czerwienią, oczy. "Są piękne" - to pierwsze co pomyślałem.
- Musisz przeżyć - ktoś szepnął mi do ucha.
Znowu zacząłem widzieć. Ból zniknął niemal całkowicie. Spojrzałem na chłopaka ciągnącego moje nieruchome ciało w górę. Miał białe włosy. Uśmiechnął się do mnie pod nosem. Poruszał się w wodzie jak ryba. Wyciągnął mnie na brzeg, gdzie mnie posadził. Zaczął tłuc mnie po plecach. Wyplułem wodę.
– Zwróciłeś już całą wodę? - spytał.
Zwymiotowałem.
– Taaa...
Zacmokał z irytacją.
– Znowu ratuję ci dupę Alexandrze.
Wyciągnąłem do niego dłoń.
– Mówi mi Alec.
Zaśmiał się cicho. Pomógł mi wstać.
– Możesz chodzić?
– Jasne – prychnąłem.
Zrobiłem dwa kroki zataczając się jak pijany i przy trzecim prawie się wywaliłem. Matt złapał mnie w pasie ze śmiechem.
– Nie sądzę.
– I dobrze. Nie masz do tego żadnych kwalifikacji, czy uprawnień – wysyczałem.
Woda spływała ze mnie strumyczkami, a on? Był już prawie suchy. Posadził mnie na ziemi i rozebrał z przemoczonej kurtki i bluzy. Dał mi swoją, suchą i co najważniejsze ciepłą kurtkę.
– I co teraz? Zaniesiesz mnie do mojego domciu? - spytałem wyciągając ręce jak małe dziecko.
Uniósł brwi w irytacji.
– Hmm.... Tak. Zajmie mi to tylko... jakiś tydzień albo i dwa.
– Co?! Jak?
– Chłopcze znajdujesz się tysiące mil od swojego domciu i jesteś poszukiwany od tygodnia.
– To... to... Dlaczego ja nic nie pamiętam? I jak się tu znalazłem?
Wzruszył ramionami.
– W tej chwili to twój najmniejszy problem - mruknął siadając obok mnie.
– I co teraz zrobimy?
– Zabiorę cię pewnie do mojego domu. Jest niedaleko.
– Mieszkasz w lesie?!
Westchnął.
– Tak, mieszkam w lesie. Kiedy wiesz już o tej wspaniałej informacji, możemy iść?
- Hmmm.... tylko że ja nie mogę chodzić. Jestem wycieńczony...
- Zaniosę cię... - mruknął wstając.
Pociągnął mnie w górę. Wskoczyłem mu na plecy z pewną trudnością. Przytuliłem się do niego. Był ciepły, choć temperatura na dworze była niska. Biegł spokojnie przed siebie. Doskonale znał tę okolicę. Ani razu się nie potknął.
– Daleko jeszcze? - spytałem sennie.
– Nie... - odpowiedział szeptem jakby nie chciał wybudzać drzew ze snu.
Poczułem, że powoli moje ciało rozluźnia się. Zapadam się w krainę gdzie królował Morfeusz. Ręce Matta trzymały mnie pewnie tak, że nie mógłbym upaść. Moje powieki stały się ciężkie i wkrótce zamknęły się całkowicie.
– Śpij smacznie mały Nocny Łowco... - wyszeptał.

***

Ze snu wyrwała mnie cisza panująca w pomieszczeniu. Było jeszcze ciemno. Leżałem w dwuosobowym łóżku, najprawdopodobniej czarnym z szarą pościelą i czerwonymi poduszkami. Podniosłem się na łokciach ciekawie rozglądając się po okolicy. Pokój nie był duży. Ściany północna i południowa były czerwone, wschodnia i zachodnia były szare, a sufit był czarny. Natomiast podłoga była wykonana z kamienia o głębokim morskim kolorze. Była jeszcze noc, wszędzie było ciemno. Pokój nie był zagracony. Znajdowały się w nim jeszcze krzesło na którym leżały moje ubrania? Taaa.... byłem w slipkach i koszuli.... w dodatku nie mojej. Balkon był otwarty i wlatywało przez niego zimne nocne powietrze. Wstałem i wyszedłem na balkon. Oparłem się o barierkę i rozejrzałem dookoła. Byłem na drugim piętrze domu zbudowanego na polance otoczonej ścianą lasu ze wszystkich stron. Było tu pięknie. Wszędzie unosiła się tajemnicza niebieska mgła. Spojrzałem na niebo. Wyglądało jakby ktoś zarzucił lasso na księżyc i go przyciągną. Gwiazdy dumnie rozświetlały ciemne niebo. Dziś była pełnia. Wiatr delikatnie owiewał moje nagie nogi. Usłyszałem wycie wilka. Zadrżałem. Spostrzegłem czerwone światło pulsujące w drugim końcu balkonu. Siedział tam Matt, był zapatrzony w las. Światło biło od klingi sztyletu, na którym miał zaciśniętą dłoń. Jego twarz wykrzywiał nieludzki smutek i tęsknota. Widziałem łzy po kolei spływające po jego twarzy. Lśniły srebrem, jakby ktoś rozlał na jego twarz płynne srebro. Wyglądał na zagubionego. Sam często gubiłem się i potykałem w życiu. Podszedłem do niego i usiadłem obok. Nie zwrócił nawet na to uwagi. Położyłem głowę na jego ramieniu.
– Dziękuję – szepnąłem.
– Za co? - mówił okrutnie obojętnym tonem.
– Że wciąż ratujesz mi życie i... że po prostu jesteś...
Objął mnie ramieniem, jednocześnie mnie przyciągnął bliżej. Nie patrzył na mnie. Patrzył gdzieś daleko w las.
– Co to? - spytałem patrząc na sztylet w jego dłoni. Spojrzał czerwono-brązowymi oczami na broń.
– Sztylet, który dostałem od ojca – podał mi go do ręki, zacisnęliśmy razem na nim dłonie – Teraz jest twój, używaj go gdy będzie ostatnią deską ratunku. Na pewno nigdy cię nie zawiedzie – powiedział puszczając ostrze.Sztylet buchnął czerwonym światłem na wszystkie strony, oświetlając nasze twarze. Przyglądałem mu się przez chwilę. Na pulsującym światłem ostrzu były wyryte runy, znaki oraz jedno słowo będące napisane na czarno. „ihtruriel”
– Wieczny pan jasności, który zaginął na wieki – mruknąłem smutno bez zastanowienia.
– „Jeśli Pan Zniszczenia, Tańczący na Zgliszczach wejdzie w posiadanie sztyletów Stworzycieli Czterech Ras, strzeż się Ziemio, bo nadchodzi twój kres.” - zacytował.
– Tańczący na Zgliszczach? Tu chodzi o Abbdamona ?
– Tak. Chodzi o Wielkiego Demona.
Siedzieliśmy tak przez następne 10 minut, aż poczułem, że siedzenie na balkonie w samych bokserkach i koszuli nie jest najlepszym pomysłem.
– Zimnoooooo miiii... Chodź – mruknąłem trzęsąc się.
Wstałem ciągnąc go za nadgarstek. Wszedłem do domu, zamykając za nami drzwi balkonowe. Wskoczyłem do łóżka, nie puszczając jego nadgarstka. Automatycznie zamknąłem oczy. Po chwili poczułem jak materac obok mnie ugina się pod ciężarem jego ciała. Leżał sztywno na wprost. Stykaliśmy się ramionami. Jego długie czarne rzęsy muskały jego policzki. Ze smutnego oka spłynęła kolejna, samotna, srebrna łza. Podniosłem się na łokciach i starłem ją wierzchem dłoni.
– Założę się, że jeśli spytam co się stało to mi nie odpowiesz? - spytałem kładąc się z powrotem do łóżka.
Podniósł się i cmoknął mnie w usta.
– Kiedyś się pewnie dowiesz. Ale na razie nie ma co martwić się na zapas.
Położył się na boku, podkładając ręce pod policzek, jak małe dzieci. Zamknął oczy. Odwróciwszy się na brzuch, podłożyłem ręce pod głowę i zamknąłem oczy.
– Ihtruriel – usłyszałem i czerwone światło momentalnie znikło.

***

Obudziło mnie wredne światło, świecące mi prosto w twarz. Zajmowałem 2/3 łóżka. Matt leżał tak samo, jak przed snem. Lecz tym razem miał jedną rękę pod policzkiem, a drugą przewieszoną przez brzuch. Jego twarz miała teraz lekki wyraz zagubienia. Rysy były delikatniejsze, przez co wyglądał jeszcze bardziej jak anioł. Był cudowny. Mógłbym patrzeć na niego całymi dniami i pewne nigdy by mi się to nie znudziło.
– Rozumiem, że jestem taki piękny, ale żeby mnie podziwiać przez 15 minut? Muszę wyglądać wspaniale kiedy śpię... - powiedział nie otwierając oczu.
Walnąłem go poduszką w twarz i usiadłem na nim okrakiem, żeby nie mógł się ruszać. Zabrałem na chwilę poduszkę.
– Uśmiechnij się – powiedziałem, znów zakrywając mu twarz poduszką – Z uśmiechem ci ładniej.
Odsunął poduszkę. Na twarzy malowało mu się lekkie zażenowanie. Wolałem jego widzieć jego irytację niż smutek.
– No! Ale uśmiechnij się – znów poduszka wylądowała na jego twarzy.
Zabrał poduszkę na bok. Uśmiechnął się złośliwie. Okręcił się tak, że siedział teraz na mnie.
– Obiecaj, że nigdy nie odpowiesz mi samym „tak”.
– Hmm... A co jeśli to zrobię?
– Obiecaj.
Zasalutowałem.
– Obiecuję.
Uśmiechnął się i wycisnął moich ustach szybki i krótki pocałunek. A potem pobiegł do drzwi i zatrzasnął je właśnie w tym momencie gdy trafiła w nie poduszka.
– Powinienem poćwiczyć szybkość – mruknąłem wstając i kierując się do małej prywatnej łazienki.
Wykąpałem się i umyłem włosy. Wyszedłem z wanny. Spojrzałem na siebie w lustrze. Byłem w samych bokserkach. Z ciemno-granatowych włosów kapała mi woda. Byłem nieźle umięśniony. Przez tors przechodziły dwie, długie, paskudne szramy, zadane najostrzejszym nożem jaki kiedykolwiek widziałem. Pamiątka po śnie, który był jawą. Bezwiednie przeciągnąłem przez nie palcami. Pamiętam ten ból gdy Luck usuwał szwy, pamiętam też ból gdy ratował mnie Matt... Pamiętam, ciało Maxa leżące na ziemi. Szklane oczy trupa. Wiązka światła, jak wielki osty miecz, przecinający z łatwością ciało, mięśnie i kości. Ten nieludzki krzyk, gdy umierał. Ten cholerny strach i paraliż, że go straciłem na wieki. To uczucie, że zapadam się w ciemność, że tracę coś za czym będę tęsknił latami... Potrząsłem głową odpędzając złe wspomnienia, a miałem ich całkiem sporo. Wytarłem do sucha ciało, opatuliłem się puchatymi ręcznikami i wyszedłem z łazienki. Ubrałem się. Oczywiście w koszulę Matta, moja nie nadawała się do jakiegokolwiek użytku. Wszedłem na hol. Na oślep trafiłem na schody. Zszedłem na dół pocierając ręcznikiem energicznie o włosy. Spojrzałem na Matta, w pełnym stroju do walki, opartego o drzwi do kuchni. Wskazał na krzesło przy stole i śniadanie. Usiadł naprzeciwko mnie.
– Zjedz i pozbieraj wszystkie swoje rzeczy, o ile jakieś tu masz. Zabieramy się z tej budy chłopie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytelnicy