Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

25.4.13

Piekło, które spadło z Nieba_Rozdział 3

Pewnie chcecie mnie zabić bo znowu spóźniłam się z terminem... Ale może mnie oszczędźcie?(prooooszzzzęęęęę) 
Dobra wracając do opowiadania... Alecowi znowu coś się przydarzy, Michał jednak nie jest schizofrenikiem, Matt dalej podrywa Alca, Max i Michał są razem.... Taaaaak ten rozdział sporo wyjaśnia... Ale dobra nie spoleruję.... Zapraszam do czytania i komentowania :) Khe, khe... Tam tara dam!!!
(z dedykacją dla Kaminaki bo chciała mnie zamordować przez komórkę :))
*enjoy!


Pokornie wróciliśmy do domu gdzieś około północy. Tak, tak wiem przesiedzieliśmy i przegadaliśmy sześć godzin. Ale tego właśnie potrzebowałem. Od śmierci mojego brata, nie odbyłem tak szczerej rozmowy. O czym gadaliśmy? O wszystkim, o zainteresowaniach, umiejętnościach, bólach, strachach i fobiach, których mam jak na lekarstwo. Nie rozmawialiśmy o tym co stało się po mojej opowieści i chwała mu za to, że nie poruszał takich tematów. Swoją drogą, chyba zyskałem przyjaciela z którym mogę porozmawiać o wszystkim.
Weszliśmy do domu. Wszędzie było cicho. Wszyscy już chyba spali. Matt zrobił gorącą czekoladę. W bibliotece znaleźliśmy Michała. Rozmawiał z "nim". Zaśmiał się cicho i odwrócił wzrok na mnie. Siedział na kanapie w bluzce z krótkim rękawem i w bokserkach. Usiadłem obok niego.
- Hej. Czemu jeszcze nie śpisz?
- Nie mogę - wyszeptał.
- Oj chodź tutaj - objąłem go ramieniem, okryłem nas kocem i przytuliłem.- Opowiedzieć ci bajkę?
Zaśmiał się cicho.
- Jasne.
- No więc tak. Był sobie kiedyś chłopiec, bardzo przystojny. Miał na imię...
- Ifrim - podpowiedział Michał.
- No więc dobrze. Miał na imię Ifrim. Wszystkie damy się za nim oglądały. Był bardzo inteligentny, ale oschły, ostry i wredny. Miał bardzo mroczną przeszłość. Nie znał swojej matki, ojciec wykorzystał go i wyrzucił z domu, nie ucząc go jak ma przetrwać. Chodził od domu do domu i szukał schronienia. Ale gdy tylko go ktoś zobaczył zamykał przed nim drzwi. Chłopak długo rozpaczał, ale w końcu wziął się w garść. Ukrył się w lesie. Tam żywił się tym co znalazł. Potem nadeszła mroźna zima i nie miał gdzie się schować. Położył się na ziemi - do pokoju wszedł Matt i wsłuchując się w moje słowa usiadł na fotelu - myśląc, że śmierć będzie bezbolesna. Jednak uratowała go wataha wilków. Zabrała go do swojej jaskini. Tam nakarmiła i pozwoliła żyć z nimi przez cztery lata. W dniu gdy skończył 13 lat zabrały go do Pani Jeziora. Mimo, że chłopak był bardzo zamknięty w sobie, nauczyła go jak ma zbliżyć się do ludzi, jak ma żyć, walczyć. Stworzyła z niego Nocnego Łowcę, ponieważ w jego żyłach płynęła nieskażona krew jego prawdziwego ojca, pewnego Anioła. Chłopak zaczął chodzić normalnie do szkoły. Ale nikt nie potrafił się do niego zbliżyć. Odpychał wszystkich, ignorował. Ale był jeden chłopak, którego coś z nim łączyło. Mimo, że był jego całkowitą odwrotnością, to mieli podobną przeszłość. On jako jedyny potrafił z nim porozmawiać. A miał na imię...
- Akira, w skrócie Aki - Matt odezwał się po raz pierwszy od jakiegoś czasu.
- A miał na imię Aki. Mimo, że Aki był trochę nachalny, Ifrim polubił tego małego zrzędę. Wkrótce stali się przyjaciółmi. Ifrim opowiedział Akiemu o swojej przeszłości, a także o świecie cieni. Nauczył go walczyć i bronił go w zamian za jego przyjaźń. Aki więc opowiedział mu o sobie. O tym, że jak był mały przeprowadzono na nim badania, od których uciekł. Ale od tamtej pory przestał być człowiekiem, umiał przeistaczać się w wilka. Jednak przyjaźń to było za mało jak dla Akiego. Pokochał swego obrońcę i okazywał mu to na każdym kroku. Miłość ta okazała się być odwzajemniona. Kochali się więc oni. Ale kiedyś doszło do walki, gdzie Ifrim nie zdołał obronić Akiego i ten w wyniku obrażeń zmarł kilka dni po walce. Przez te dni Ifrim czuwał przy swoim przyjacielu, przynosił mu jedzenie i płakał nad nim widząc jak słabnie. Ostatniej nocy Aki poprosił go aby położył się z nim spać. Ostatnie słowa jakie wypowiedział wilk przed śmiercią, to: " Odkąd cię poznałem od razu pokochałem.  Zawsze cię kochałem i będę cię kochać aż do końca moich dni, a jeśli po śmierci jest jeszcze jakieś życie wtedy też cię będę kochał" i zmarł. Ifrim pochował go, ale w jego sercu została wydarta dziura, której nikt nie zdołał zapełnić. Postanowił się zemścić na kłusownikach, którzy tak poranili jego kochanka. A właściwie chciał się zabić. Ludzie robią różne rzeczy z bezsilności. Wbiegł do ich obozowiska, zabił trzy osoby, ale został złapany. Włożono mu pistolet do ust i zastrzelono. Chłopak obudził się w innym miejscu. Był gdzieś gdzie trafiają zakochane dusze. Odnalazł swego dawnego przyjaciela. Żyli ze sobą do końca świata i obydwoje przekonani, że miłość zwyciężyła nad śmiercią - zakończyłem moją opowieść i napiłem się czekolady, bo zaschło mi w ustach.
- Miłość zwyciężyła tak? - spytał Michał ziewając - Wiesz co, nie umiesz opowiadać bajek - pocałował mnie w policzek - dobranoc - ułożył głowę na moich kolanach i usnął.
Zawsze mnie to zastanawiało jakim cudem potrafił tak szybko zasypiać. Odłożyłem letnią czekoladę na stolik, spojrzałem na Matta, który z lekkim uśmiechem pił swoją czekoladę. Wstałem i zaniosłem Michała do jego pokoju. Przykryłem go kołdrą i wróciłem do biblioteki. Matt siedział na kanapie, ale jego kubek stał na stoliku. Na jego twarzy malował się smutek i tęsknota. W palcach obracał figurkę anioła. Usiadłem obok niego. Podał mi figurkę. Była niewielka. Młody anioł ubrany w czarną bluzkę, skórzaną, rozpiętą kurtkę i czarne spodnie, patrzył przed siebie ciemnymi oczami. Włosy miał krótkie, koloru czerwonego. Z jego pleców wyrastały dwa potężne, czarne, poszarpane skrzydła.
- Wszystkiego najlepszego - wyszeptał.
- Dziękuję.
Podałem mu figurkę. Potrząsnął głową przecząco.
- My ludzie, tak szybko umieramy. Nasze życie jest kruche jak opłatek - szeptał cicho - A najgorsze w tym wszystkim jest to, że są tacy, którzy skracają życie wielu wspaniałym artystom.
Uśmiechnąłem się lekko. Była to prawda. Na świecie szerzyły się morderstwa i wiele innych plugawych rzeczy.
- Jeśli kiedyś odejdziesz na wieczny spoczynek, pamiętaj, że jesteś wyjątkowy - odwrócił wzrok w moją stronę.
Uśmiechnąłem się lekko. Odpowiedział tym samym. Podniósł się z kanapy i poklepał mnie po głowie i wyszedł.
- Branoc - powiedział i udał się na górę.
"Dobranoc" - pomyślałem. Siedziałem tu jeszcze może z 15 minut. Potem poszedłem na górę do swojego pokoju i położyłem się spać...
Dobra, wcale nie usnąłem od razu. Musiałem wziąć tabletki i zrobić jeszcze 1000 innych rzeczy. Ale, w końcu usnąłem. Tak. Tylko, że z wybudzeniem było gorzej...
Śniło mi się, że przed czymś uciekam. Nie wiem co to było.
Byłem w czarnym, mrocznym lesie. Na niebie świeciły gwiazdy i wieki księżyc. Podniosłem się z ziemi. Usłyszałem kroki. Ktoś lub coś zbliżało się bardzo szybko. Zacząłem uciekać. Biegłem ile sił w nogach, ale odległość między nami się nie zmniejszała. Czułem rozpacz. Pierwszy raz we śnie czułem taki strach i niepokój. Tyle, że ten sen był zbyt realistyczny... Zobaczyłem wzgórze, zacząłem się na nie wspinać. Dotarłem wreszcie na szczyt i próbowałem dalej uciekać, lecz potknąłem się o wystający korzeń, upadając na plecy. Teraz zbliżało się bardzo szybko. Poczułem dziwnie znajomy chłód. Czułem jak włoski na odsłoniętych ramionach stają mi dęba. Ziemia pode mną i obok mnie zaczęła zamarzać. Gdzieś nagle znikły wszystkie gwiazdy i księżyc. Zrobiło się ciemno. A ja przez cały czas skupiałem wzrok w jednym miejscu. To zbliżało się. Wiedziałem, że na jego ustach gości paskudny uśmiech. W końcu za chwilę miał dostać to na co czekał całe tysiąclecia. Od bardzo długiego czasu, miało mu się wreszcie udać się wrócić. Wystarczyłoby mu tylko śmierć. Jedna, mała, nic nieznacząca, ale moja śmierć. Wystarczyłoby tylko zatopić kły w moim ciele. Tylko wypić parę kropel mojej krwi. Stanął na 2 metry przede mną. Wstałem, nie będę umierać leżąc bezbronnie na ziemi. Chciałem walczyć, choć wiedziałem, że to nie ma sensu. Zmniejszył odległość między nami na 1 metr. Nagle poczułem jakbym go znał, z dalekiej przeszłości. Nie czułem już strachu. Wiedziałem, że będzie zabijał mnie powoli sycąc się moją śmiercią. Poczułem jak czymś bardzo ostrym rozcina mi tors i brzuch, tworząc głębokie bruzdy.
- Zdejmij kaptur. Chcę widzieć twoją twarz gdy będziesz mnie zabijał - wyszeptałem.
Mój głos docierał do mnie jakby z przestworzy.  Zaczął powoli odsuwać kaptur i... i w tym momencie film się urwał. A ja poczułem jak osuwam się w ciemność. Ciemność, przyjemna, aksamitna ciemność.. Lecz powoli z niej zaczęły wysuwać się jaśniejsze kontury mebli, a potem ludzi. Wkrótce zobaczyłem też kolory. I zamiast ciemności pojawił się rażący blask nie do zniesienia. Zakryłem oczy ręką, żeby go trochę przysłonić, ale to nic nie dało.Usłyszałem cichy pisk.
- Budzi się!
Te słowa niby dość ciche wrzynały mi się w mózg.
- Ciszej... - zawyłem z bólu.
Zacząłem powoli otwierać oczy, co było niezwykle trudne bo one jak na złość chciały powrócić do ciemności. Ale ja nie chciałem.... Bałem się do niej wracać kiedykolwiek.
Otworzyłem oczy. Strach na nowo zastąpił ból. Leżałem na kanapie z głową na kolanach Katherine i z jakąś przyjemnie zimną szmatą na czole. Kat płakała. Tak samo jak Barbara, która trzymała mnie za rękę. Wokół mnie kręciło się sporo osób. Luck zaszywał rany na torsie i brzuchu, a Matt rysował na moim całym ciele jakieś nieznane mi bardzo stare runy... [Będę cały wytatuowany!!!]
- Jak się masz? - spytał troskliwie Nick podający narzędzia Luckowi.
- Wybornie - skrzywiłem się - Jak to się stało?
On szeptał i ja szeptałem bo na więcej nie było mnie stać.
- Nie wiem. Znaleźliśmy cię rano przed domem. Ktoś musiał cię uratować, zadzwonić do drzwi i uciec.
- Pytałem o rany...
- Sprawdzaliśmy nagrania z kamer, ustawionych na wzgórzu - do rozmowy włączyła się Kat - Biegłeś wywaliłeś się, potem wstałeś. A one powstawały same z siebie. Coś się potem stało i słyszeliśmy tylko dźwięk, nic nie było widać. A dokładniej słyszeliśmy twój krzyk, przeraźliwy krzyk - wytarła łzy, które nazbierały się jej do oczu.
- Aha.
Luck właśnie skończył. Matt podał mi do ust gruby kawałem skóry.
- Zagryź na tym zęby... - polecił - Będzie bolało...
Najpierw przyłożył mi do torsu dłoń. Widziałem jak z jego palców uciekają granatowe iskierki. Na początku nie było nic czuć a potem tylko ostry ból. Ból był nie do zniesienia. Przed oczami zrobiło mi się biało. Starałem się zakryć dłońmi najbardziej oślepią cy środek. Lecz po chwili ta biel przestała mi przeszkadzać.
Opuściłem ręce. Nagle poczułem się wolny i choć nie mogłem się ruszyć, czułem że ciało mi już nie ciąży. W oddali zobaczyłem dziewczynę o długich stalowych włosach i czarnych oczach. Uśmiechnęła się delikatnie na mój widok. Była bardzo ładna. Z pleców wyrastały jej dwa skrzydła, jeśli tak można nazwać szkielet długich, czarnych kości. Twarz miała przepraszającą. Ubrana była w zwiewną, czarną, poszarpaną sukienkę do kolan. Nogi, ramiona i dłonie miała w długich szwach, jakby ktoś ją rozczłonkował, a potem zszył. Ruszyła w moją stronę. Mój umysł wypełniał jej delikatny szept.
- Pamiętaj jesteś wyjątkowy - powiedziała - Dobrze nam będzie razem...
Już wyciągałem ręce, aby złączyć nasze dłonie. Gdy ona zaczęła się oddalać. Krzyknąłem za nią, aby wróciła. Uśmiechnęła się przepraszająco. Podeszła do mnie na tyle blisko, aby mogła mnie dotknąć.
- To jeszcze nie czas... - wyszeptała.
Pogłaskała mnie po głowie i odeszła. Znowu zobaczyłem rażącą biel, ale po chwili zaczęła słabnąć. Poczułem jak ciało znowu zaczyna mi ciążyć. Po chwili widziałem już pokój, w którym byłem ostatnio. Dłoń Matta nadal znajdowała się na moim torsie. W jego oczach przez chwilę widziałem przerażenie i nawet łzę, ale po chwili zastąpił je spokój. Zabrał rękę wyjął mi z ust skórę i obtarł mi łzy. Oddychałem nierówno i powoli. Uklęk przy kanapie i uśmiechnął się delikatnie. Na całym moim brzuchu znajdowała się jedna wielka, powoli stygnąca runa. Zamknąłem oczy. Katherine wstała.
- Odpoczywaj - usłyszałem jego delikatny szept.
Usnąłem. Spałem kilka godzin. Wszyscy zdążyli się rozejść. Siedzieli przy mnie dość długo, ale potem musieli jechać. Jednak jedna osoba była przy mnie przez cały ten czas. Pilnował mnie. Czuwał jak mój anioł stróż, którego nie mam. Obudziłem się po kilku dniach. Zobaczyłem go. Siedział oparty o kanapę, na której leżałem. Nogi miał zgięte w kolanach. Twarz zwróconą w stronę okna. Po policzkach spływały mu łzy. Stalowo czarne włosy były postawione na żel, ale nie było w nich dawnego połysku. Płakał. Łzy spływały od oczu przez policzki omijając blade usta, przez lekko zaznaczoną szczękę i kończyły swoją wędrówkę upadając na podłogę. Zostawiały po sobie srebrne ścieżki.
Z trudem przełożyłem się na bok. Położyłem dłoń na jego ramieniu i starłem łzę z policzka. Odwrócił się w moją stronę. Przytuliłem dłoń do jego skroni. Spojrzał mi w oczy, a potem opuścił wzrok na zaszyte rany. Znów wrócił do oczu.
- Czemu on to zrobił? - wyszlochał.
Łzy znów pociekły z jego czarnych jak otchłań oczu. Widziałem jak cierpiał. Wiedziałem, jak nienawidził... U niego to było takie silne uczucie.
- To ja... Ja do niego krzyczałem, ale on mnie nie słuchał - wyszeptał.
- To nie twoja wina - pocałowałem go w czoło.
Spojrzałem na zegarek. Żadna wskazówka nie poruszyła się nawet o milimetr.
- I, że niby to ja jestem dziwny? - spytał Michał wchodząc do pokoju.
- Co ty tu robisz? To mój sen! - mruknąłem ze złością.
Michał przystaną na środku pokoju i prychnął.
- To nie jest sen idioto. Zamknąłeś się w pętli czasowej - widząc moją zdziwioną minę zaczął tłumaczyć - To takie miejsce gdzie znajdują się ludzie w śpiączce.
- To co ty tutaj robisz?
Podszedł do Maxa pocałował go w usta i usiadł koło niego, a ten go przytulił.
- Potrafię robić i wiem o takich rzeczach o których ci się nie śniło.
Uniosłem w zdziwieniu brwi.
- Na przykład?
- Wysłałem Maxa, że by cię zabrał ze wzgórza.
Aaa... to o to mu chodziło...
- Wytłumaczysz mi jeszcze jedną rzecz? - prychnął cicho - Skąd wiedziałeś, że coś się dzieje i skąd wziąłeś Maxa!?
Uśmiechnął się w odpowiedzi i spojrzał Maxsowi w oczy.
- To długa historia, której się nigdy nie dowiesz - wysyczał.
Westchnąłem, przyglądając się im.
- Ładnie wyglądacie razem.
Uśmiechnęli się obydwoje.
- Wiem - powiedział Max.
- Nie wiem czy cię to urazi, ale czym ty teraz właściwie jesteś?
Michał wygodniej się ułożył na ramieniu Maxa.
- Jego aniołem stróżem.
Dopiero teraz zauważyłem, że oczy ma całkowicie czarne,a z łopatek wyrastają mu dwa, czarne skrzydła.
- A kiedy się obudzę?
- Za kilka dni... - powiedział od niechcenia Michał.
Wypuściłem powietrze z płuc.
- Przepraszam - powiedziałem patrząc mu w oczy.
Uniósł w zdziwieniu brwi.
- Za co? Przecież to ja ci wszedłem pod czaszkę?
- Bo myślałem, w sumie to wszyscy myśleliśmy, że...yyyyyy...
- Jestem chory psychicznie? - mruknął z rozbawieniem - Nie, nie jestem. Dostałem po prostu drugą szansę od Boga, a właściwie dar. Widzę i rozpoznaję istoty pozaludzkie, których nikt pewnie nie chciałby widzieć, a one same nie chciałyby zostać odkryte.... A może to przekleństwo? Nazywaj to sobie jak chcesz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytelnicy