Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

25.4.13

Piekło, które spadło z Nieba_Rozdział 2

 Dobra. Po pierwsze chcę Was przeprosić, że nie dodawałam notki tak dłuuugo.... Postaram się robić to systematyczniej. Po drugie przepraszam za ortografię... Tak wiem nie jest z nią najlepiej. Dlatego mile widziane są komentarze poprawiające. Ogółem mile widziane są jakiekolwiek komentarze :) 

*enjoy




Pustynia. Wszędzie piasek, złoty, rozżarzony jak węgle. Palił moje ciało żywcem. Niebo, błękitne bez chmur. Tylko z wielką, ognistą kulą na samym środku. Gdy tylko na nią spojrzałem, czułem jak wypala mi oczy. Jak wysysa ostatnie krople, pomimo wszystko zimnej krwi. W ustach, uszach, nosie, wszędzie uczułem piasek. Wrzynał się jak ostrze w mój tułów. Zamknąłem oczy, myśląc że to koniec.
Otworzyłem je i zobaczyłem ciemność, do której już zaczęły przyzwyczajać się moje oczy. Obudziłem się w lodowatej wodzie. Była czarna, a nigdzie nie było widać czegoś, czego dało by się podciągnąć. Czułem jak moje serce z hukiem obija się o moją klatkę piersiową. Wyraźnie słyszałem jak krew pulsuje mi w uszach. Krążyła bardzo szybko w żyłach po moim ciele. Ale zbyt wolno aby je ogrzać. Woda - czarna, a niebo? A nieba nie było. Była tylko lodowata, granatowa, brudna woda. Ona była wszędzie. W ustach, w płucach, praktycznie w całym moim ciele. Krzyczałem raz po raz o pomoc. Ale z moich ust nawet nie wydobywały się bąbelki powietrza. Krzyczałem ile sił, ale z nich nawet nie wydobywał się szept. Dusiłem się. Obróciłem się w pewnym momencie i... Zobaczyłem ciało. Bezwładne ciało Maxsa. Patrzył na mnie swoimi, smutnymi, martwymi oczami. Wyciągał do mnie ręce i prosił o pomoc. Łzy spływały mi po policzkach...
- Hej, obudź się - ktoś szepnął, owiewając moje ucho gorącym powietrzem.
Czułem jak łapie mnie za rękę w wyrywa z wody. Otworzyłem szeroko oczy i zaczerpnąłem powietrza. Nie ma to jak zostać obudzonym w środku nocy i być przerażony, spocony i mieć wysoką temperaturą.  Och jak dobrze wiedzieć, że się żyje. Spojrzałem na mojego wybawcę. Matt, siedział obok na krześle. Uśmiechną się lekko widząc moją zdziwioną minę. Miał szarą twarz. Ale nie wyglądał na zmęczonego, czy złego. Wyglądał jak anioł. Jego włosy w świetle księżyca były prawie przezroczyste. Na twarzy nie miał uśmiechu, nie miała ona żadnego wyrazu. Jak u trupa. Jego skóra lśniła. Wyglądał jak jeden z upadłych aniołów z moich obrazów i wyobrażeń.
- Nie wziąłeś tabletek i drzesz się po nocach - podał mi opakowanie - A to? Jest na rozgrzanie, masz temperaturę i wyglądasz jakbyś dopiero co wstał z grobu - uśmiechną się bez cienia rozbawienia.
- Dzięki - wykrztusiłem, nadal miałem gardło ściśnięte od łez - Jakim cudem ty mnie usłyszałeś i tu wszedłeś, skoro drzwi były zamknięte i są dźwiękoszczelne?
- Magia - wyszeptał - I nie, nie jestem czarodziejem. Jestem po prostu dobry w tym co robię - i wyszedł.
Wziąłem tabletki i wypiłem napar, który okazał się być gorącą czekoladą. Mniam... I usnąłem...
Coś jest nie tak. Wkurwiające małe światełko latające mi przed oczami. Nawet kiedy miałem je zamknięte i tak je doskonałe widziałem. Niedawno słyszałem jak ktoś wchodzi do pokoju, ale nie chciało mi się reagować. Mam bardzo czujny sen, mimo koszmarów i tak wiem co się dzieje obok. Dlatego właśnie, zacząłem się zastanawiać czemu nie usłyszałem Matta w nocy. Ale wredne światełko, a raczej wredny jego właściciel najwyraźniej dobrze się bawił od jakiś 15 minut. Wyciągnąłem rękę spod kołdry i uderzyłem na oślep. W ostatniej chwili napastnik się uchylił. Usłyszałem trzask, a potem zabawny śmiech. Otworzyłem oczy i z zażenowaniem spojrzałem na Nicka leżącego na podłodze i śmiejącego się.
- Jednak to prawda że wszyscy Nocni Łowcy mają czujny sen. Wiedzą, że ktoś jest w pobliżu, ale nie reagują, czekają aż będzie się nie spodziewał ciosu i wtedy trafiają.
- Czego chcesz, że budzisz mnie o.... Właściwie to która godzina?
Nick podrapał się po podbródku ze zmieszaniem.
- Nie mogę ci powiedzieć, bo byś mnie zabił.
- Jest trzecia nad ranem. Wstawaj idziemy na polowanie - Katrin zatrzymała się w progu z lekkim uśmiechem na ustach patrzyła jak morderczym wzrokiem mierzę brata.
Była już w pełnym stroju bojowym. Spodnie i bluza zrobione były z cienkiej skóry, natomiast bluzka zrobiona z przewiewnego materiału i napisem: "Co mnie nie zabije... Niech lepiej szybko ucieka.". Na nogach miała ciężkie buty do kolan, wystawał z nich sztylet pulsujący lekkim światłem. Przez ramię przewieszony miała pas z różnego rodzaju brońmy i skórzaną kurtkę.
- Na co będziemy polować? - spytałem przerywając ciszę.
- Ja bym raczej spytał, gdzie jedziemy - podpowiedział Nick.
- Dobrze - wysyczałem - A więc gdzie jedziemy i na ile?
- Dobre pytanie - Nick próbował udawać zaskoczenie.
Właśnie nie powiedziałem gdzie znajduje się Instytut... Islip, na wschód od Manhattanu.

- Do Norwegii!!! - wykrzyknęła radośnie Kat. 
- A tak dokładniej do Stabbursdalen to jest las, nie wiem dlaczego tak się cieszysz - westchnął Nick.
- A jeśli mogę się wtrącić, na ile i po co?
- Na jakieś 2 tygodnie, plus, minus. Ludzie zaczęli znikać z obozowisk.... Myślimy że to wendigo - odparł z powagą mój brat.
- Kiedy wyjeżdżamy?
- Chyba dziś....
- To wynocha z mojego pokoju. Musze się spak... Gdy się odwróciłem dostałem w głowę czymś bardzo ciężkim. Ostatnie słowa jakie wypowiedziałem to "Co do chol...?"
Zacząłem otwierać powoli powieki. Mój mózg przeszył ostry ból. Syknąłem z poirytowaniem.
- Chyba za mocno doprawiłaś to ciasteczko...
- Nie dałam mu ciasteczka... Walnęłam go w głowę drzwiami od barku. Do ciastek dodałam za dużo proszku usypiającego, więc użyłam czegoś łatwiejszego - dziewczyna wzruszyła ramionami.
Podeszła do mnie ta druga, z którą rozmawiała Katherine, z resztą bardzo ładna. Włosy miała koloru czerwonej wiśni i trochę podpalanego rudego.
- Czekaj moment.
Narysowała mi na nadgarstku cieniutkim patyczkiem jakąś zawiłą runę. Ból w głowie zaczął powoli ustępować.
- Jestem Gloria - przedstawiła się dziewczyna, podając mi rękę.
Uścisnąłem ją. Odzywała się podobnie jak Matt. Z lekkim, francuskim akcentem. Była do niego nawet trochę podobna.
- Alec - odpowiedziałem cicho z uśmiechem.
- Wszystkiego najlepszego słodziaku! - przytuliła mnie i pocałowała w policzek.
Pachniała słodko niczym wiśnia. Piękny zapach. Miała na sobie trochę zbyt odważny strój. Czarny gorset doskonale kontrastował z wiśniowymi włosami, ale także ukazywał duże krągłości. Włosy miała związane w francuski warkocz, który tworzył koronę wokoło jej głowy. Jego końcówka przylegała do lewego ramienia. Krótka ciemno granatowa, koronkowa spódniczka, a spod niej wystawały czarne pończochy. Na nogach miała wysokie biało-czarne buty sięgające kolan. Mocny makijaż podkreślał jej fiołkowe oczy. Na szyi miała zawieszony srebrny łańcuszek zakończony bordowo-czarnym skrzydłem.
Dała mi małą paczuszkę, onieśmieliła mnie uśmiechem i znikła w tłumie. Rozpakowałem prezent. W środku znajdował się łańcuszek zrobiony z rzemyka. Zawieszka była w kształcie małego, granatowego wilka. Był piękny. Zawiesiłem łańcuszek na szyi i schowałem go pod koszulę, chwilę przed tym jak rzuciła się na mnie mała blondyneczka.
- Alec! - wykrzyknęła radośnie.
- Maia? Co ty tu robisz? - przycisnąłem dziewczynę do serca.
Poznałem Maię, gdy uciekłem z domu po śmierci Maxa. Tylko ona zamiast mnie odrzucić, pomogła mi, no i dzięki jej pomocy jakoś przeżyłem starcie ze strzygą i kilkoma demonami. To ona mnie stamtąd wyciągnęła.
Była niską blondynką o zielonych oczach i uwodzicielskim uśmiechem. Maia jest Nocnym Łowcą - wilkiem. Zawsze nosiła luźne bluzki i poprzecierane spodnie. Nigdy nie nakładała na twarz podkładu. Była naturalnie piękna. Miała delikatne rysy twarzy. Teraz była ubrana w czerwoną luźną bluzę z napisem: Forever Hungry, i czarne rurki z dziurami na kolanach.
- Jak się masz? - spytała odsuwając się ode mnie.
- Nie najgorzej (pomijając fakt, że dostałem w głowę drzwiami) - uśmiechnąłem się lekko.
- To dobrze. Ej schudłeś! Powinieneś więcej jeść - uśmiechnąłem się szerzej - Mam coś dla ciebie - podała mi jakąś siatkę.
Wyjąłem i zobaczyłem bejsbolową bluzę. Zaśmiałem się cicho. Maia zawsze zaopatrywała mnie w ubrania....
- Dziękuję - szepnąłem i pocałowałem ją w policzek.
- Mam nadzieję że kiedyś ze mną zagrasz.
Tak gadaliśmy tak jeszcze może z 15 minut. Potem zjedliśmy obiad. Dostałem kilka dość dziwnych podarunków. 
Dziwnym trafem przez cały dzień nie natrafiłem na Matta. Gdzieś około godziny 15 wszyscy zaczęli zbierać się do domów. Ja niepostrzeżenie wymknąłem się na górę. Wszedłem do swojego pokoju. I coś jest nie tak. Na łóżku leżała niewielka paczuszka. Dosłownie, coś starannie owinięte w papierek. Odwinąłem go i zobaczyłem piękny sygnet z zielonym szafirem. Kamień musiał być obrabiany ręcznie bo przedstawiał oko. Jednym słowem był piękny. Włożyłem go na palec. Pasował idealnie. Poczułem jakby przeze mnie przeszedł prąd. Zmarszczyłem brwi.
Ubrałem się w strój do biegania (a ponieważ jest upalne lato były to spodnie nieograniczające ruchów, niebieska bluzka oraz trampki i ręcznik na szyi). Wyszedłem na błona.  Założyłem słuchawki na uszy i zacząłem biegać. Dobiegłem do dębu na środku polany w lesie i usiadłem, aby odpocząć. Wsłuchiwałem się w piosenkę Rona Pope'a - Drop in the ocean, gdy ktoś z łoskotem spadł na ziemię razem z gałęzią. Zerwałem się na nogi i podszedłem do obiektu moich zainteresowań. Odrzuciłem grubą gałąź na bok i przyjrzałem się chłopakowi leżącemu na trawie.
- Wszystko okey? - spytałem zaniepokojony.
Nie odpowiedział.
Bursztynowymi oczami wpatrywał się w niebo. Ukrywała się w nich tęsknota, żal i smutek, którego nigdy jeszcze nie widziałem. Tak patrzył na wszystko dookoła. Włosy miał bardzo jasne, kolorem przypominające kryształ, w którym ukrywały się wszystkie kolory tęczy. Twarz miał białą i nieprzenikliwą, spokojną. Jego klatka piersiowa unosiła się i opuszczała w rytmie powolnego walca. Nogi miał ugięte w kolanach, jedną rękę trzymał wysoko przed sobą jakby chciał dotknąć nieba, drugą miał ułożoną za głową. Trzymał w niej coś co było małą figurką przedstawiającą anioła z obdartymi, czarnymi skrzydłami. Miał na sobie czarną bluzkę, doskonale kontrastującą z włosami i powycierane spodnie oraz trampki.
Bez słowa ułożyłem się na trawie obok niego i wpatrując się w mleczne chmury i zacząłem opowiadać. Po prostu czułem, że tak trzeba.

- Gdy miałem 4 lata po raz pierwszy uciekłem z domu. Biegłem ile sił w nogach, aby tylko najdalej od domu, żeby tylko od wszystkiego uciec, aby mnie nie znaleźli. Wtedy po raz pierwszy dostałem się w to miejsce. Była to noc podczas pełni, więc to miejsce wyglądało jeszcze fantastyczniej niż teraz. Wszędzie unosiła się błękitna mgła. Drzewa sprawiały wrażenie jakby pogrążone były w głębokim śnie. Dąb ten, był jeszcze młody, ale na tyle rozłożysty, aby skryć w swoich konarach 4 letnie dziecko. Gwiazdy unosiły się nade mną i jakby uśmiechały się do mnie. Wszystko sprawiało wrażenie jakby chciało mnie pocieszyć. Było tu tak pięknie, że aż zapierało dech w płucach. Ale ja tego nie dostrzegałem zaślepiony żalem i złością. Siedziałem tu dość długo, aż w pewnym momencie z lasu wyszedł granatowy wilk. Przestraszyłem się go, sparaliżowało mnie. Był trochę większy od wilka. Ze spokojem i gracją podszedł do mnie i położył się obok, aby mnie ogrzać. Dowiedziałem się wtedy, że to miejsce jest magiczne. Zauważyłem to wszystko czego wcześniej nie zauważyłem. Nie chciałem iść do domu, lecz wilk podnosił łbem moje ciało. Spytałem wilka czy obiecuje, że znajdę tą polanę jeszcze raz. Wstałem więc, ale dopiero wtedy gdy zwierze potrząsało twierdząco głowę. Wyprowadził mnie z lasu i zaprowadził do domu. Szukałem tego miejsca bardzo długo ale nie mogłem znaleźć. Po jakimś czasie urodził się Max i on tak samo jak ja w wieku 4 lat uciekł z domu. Szukaliśmy go długo, a w szczególności ja. Gdy nikt nie patrzył wszedłem do lasu i w myślach prosiłem, aby dojść na to magiczne miejsce. Znalazłem tu mojego małego braciszka wtulonego w ciało granatowego wilka. Uśmiechnąłem się widząc przed oczami małego mnie. Podszedłem do wilka poklepałem go po pysku i wziąłem chłopczyka na ręce. Wilk wyprowadził mnie niosącego Maxa na rękach z lasu. Od tamtej pory to miejsce było naszą tajemnicą. Moją i Maxa. Często tu przychodziliśmy, aby odpocząć od codzienności, znajdowaliśmy wilka i bawiliśmy się z jego watahą. Teraz gdy przychodzę tu po jego śmierci czuję w powietrzu jego obecność.
Zakończyłem moją opowieść i spojrzałem na Mata. Wpatrywał się we mnie już od dłuższego czasu. Gdy nasz wzrok się spotkał uśmiechałem się delikatnie.
- Piękna opowieść - wyszeptał - Magiczne miejsce - mruknął z zamyśleniem -  Jeśli pomyślę życzenie to się spełni? - spytał.
- Nie wiem - uśmiechnąłem się - spróbuj.
Zamknął na chwilę oczy i je otworzył, uśmiechając się delikatnie. Podniósł się na łokciach i pocałował mnie w usta. Trwało to tylko chwilę, a było delikatne jak muśnięcie skrzydłami motyla...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytelnicy