Say Something to blog z opowiadaniami o tematyce slash/shōnen-ai. Znajdują się tutaj opowiadania autorskie, fanfiction z Naruto, Harry'ego Pottera i inne treści. Gry do bloga: 1, 2, 3, 4.

25.4.13

Piekło, które spadło z Nieba_Rozdział 5

 Jeśli coś jest nie zrozumiałe pytajcie. No więc bez żadnych wstępów.
*enjoy!



Wiązka światła przechodziła przez jego ciało. Upadł na kolana, ale coś kazało mu odrzucić głowę do tyłu jakby czekał na cud z nieba. Beznadziejnie obojętny ton głosu rozbrzmiewający w jego głowie. Nieludzki ból. Krzyk, cierpienie, złość eksplodująca pod jego czaszką i krew. Dokładnie czuł jej zapach, smak. Lodowata krew wypływająca z jego ran na ciele, zadanych jednym i tym samym mieczem archanioła Michaela. Światło rozrywające jego klatkę piersiową.
– Umieram – zrozumiał – Znowu umieram...

Wyrwany ze snu, podniosłem się do siadu w niebywale szybkim tempie. Za oknami przemykały różne krajobrazy, poczynając od pięknych jezior i melancholijnych rzek, przechodząc przez różnokolorowe lasy, a kończąc na gołych ośnieżonych szczytach wysokich gór. Zdałem sobie sprawę, że znajdujemy się w tym samym pociągu co trzy godziny wcześniej. Zamknąwszy oczy oparłem się o oparcie siedzenia. Przyłożyłem rękę do czoła, starając się uspokoić oddech i przerażenie.
- Widzisz? Mówiłem, że siadanie obok niego to niebezpieczna sprawa - Matt mówił z rozbawieniem.
W przedziale siedziała jeszcze jedna osoba. Przybysz zaśmiał się tylko w odpowiedzi.
Spojrzałem na niego krytycznie. Chłopak o wiecznym, pogodnym uśmiechu, włosach koloru morza i oczach błękitnych jak niebo w lecie, podziwiał krajobrazy. Ubrany był na luzie. Przyjrzałem mu się lepiej. Jego klatka piersiowa nie unosiła się. On nie oddychał. Z pleców wyrastały mu dwa potężne, czarne skrzydła.
- Jakiego typu aniołem jesteś? - spytałem spokojnie.
Uśmiechnął się i podał mi rękę.
- Arael. Anioł śmierci i życia, ciemności i światła, radości i smutku. Upadłem tysiące lat temu. Szukałem mojego ojca i szukam dalej - uśmiech z jego ust spłynął równie szybko jak się pojawił - Zdradzony przez najlepszych przyjaciół - nie patrzył na mnie wzrok miał utkwiony w krajobrazach za oknami - Nie zostałem wygnany, lecz sam odszedłem i nigdy już nie wrócę. Nie wrócę do mego Boga. Nie wrócę do domu, do rodziny, do przyjaciół, choć już dawno im wybaczyłem. Kroczę własną drogą życia - znów się uśmiechnął - Poznałeś po skrzydłach?
- Taaaa...
Pociąg zaczął powoli zwalniać. Matt wstał i przewiesił  swój plecak przez ramię.
- Wysiadamy - oznajmił nam, zasalutował do Araela - Do zobaczenia Araelu.
Chłopak skinął głową.
- Jeszcze się zobaczymy - mruknął cicho.
Uścisnęliśmy sobie dłonie i podążyłem za mym przyjacielem. Przechodziliśmy przez różne przydziały. Wszędzie siedziały elfy, wampiry, kilkoro wilkołaków i całkiem sporo wróżek, ale i tak  przeważali ich ludzie. Przyziemni byli wszędzie, nieświadomi, że tyle magicznych istot jest wokół nich. Wysiedliśmy. Znałem tą okolicę Bay Shore. Kiedyś chodziłem tu do szkoły, co mnie bardzo denerwowało. Było już pod wieczór. Zachodzące słońce rzucało na nasze twarze ostatnie, kolorowe promienie. Szliśmy krok w krok, obydwoje zamyśleni. Mijało nas wielu nieporadnych ludzi, nawet nie wiedzących, że tu jesteśmy. Za każdym z przechodniów snuła się smutna postać anioła opiekuna. Każdy z nich miał na sobie czarne ubranie, którego krój zależał od płci. Dziewczyny miały na sobie sukienki do kolan, a mężczyźni spodnie i marynarki. Każdy z nich był inny. Niektórzy szli bezradnie śladami swych ludzi, inni ich prowadzili za rękę, a jeszcze inni szli obok nich, rozmawiali i śmiali się z nimi. Ta grupa była najszczęśliwsza, a ludzie z którymi szli... wszyscy mieli niebieskie tęczówki bez źrenic. Z ramion wszystkich aniołów wyrastały skrzydła białe niczym śnieg. Usłyszałem wycie i obok mnie przebiegło zwierze podobne do wilka, ale trochę większe. Jego sierść była brązowo-czarna. Ślepia jego były złote. Biegł na tyle wolno, że wyglądało to tak, jakbym za nim szedł. Mijałem różnokolorowe sklepy. Większość była już pozamykana. Ludzie przepychali się na chodnikach. Smutne było ich życie i monotonne.
Zatrzymałem się. Przed sobą zauważyłem dziewczynkę. Była niska. Miała może z 14 lat. Jej oczy rozbłysły, były niebieskie z żółtą obwódką wokół źrenicy z dala wyglądały na zielone. Jej włosy były brązowe i opadały falami na ramiona. Miała okulary - proste, czarne. Ubrana była lekko. Na uszach miała słuchawki. Wyglądała na smutną. Po jej policzkach spływały srebrne łzy. Długie rzęsy okalały oczy skierowane wprost na mnie. To nie możliwe aby mnie widziała, miałem na rękach znaki czyniące mnie niewidzialnym dla przyziemnych. Jednak nikt za mną nie stał. Złożyła rękę w pistolet, przyłożyła dłoń do skroni, zgięła kciuk i "puf" - wypowiedziała bezgłośnie, przez cały czas patrząc mi w oczy. Przechodząc obok mnie szeptem wypowiedziała moje imię - Alexander. Za nią pojawiła się postać chłopaka o czarnych postrzępionych skrzydłach. Młodzieniec łudząco przypominał mnie... On był mną. Automatycznie odwróciłem się lecz dziewczynka zmieniła się w pył na moich oczach, a razem z nią jej anioł.
Zamrugałem kilka razy. Znikła równie szybko jak się pojawiła. Spojrzałem na Matta i uświadomiłem sobie, że nie ma go obok. Rozejrzałem się dookoła. Stał przed ścianą lasu oparty desperacko o drzewo jakieś 100 metrów przede mną. Podbiegłem do niego i bez słowa ruszyliśmy dalej.
- Wspomnienia wracają? Przypomniałeś sobie coś? - spytał idąc przede mną.
- Widziałem jakąś dziewczynkę. A potem ona powiedziała moje imię i pojawiłem się za nią jako anioł... Wątpię żeby to były jakieś wspomnienia, raczej wytwory mojej wyobraźni.
- Skąd wiesz? Może to wspomnienia z tamtego życia?
- Wierzysz w reinkarnację?
Zaśmiał się.
- Nie, ale czasem anioły stają się ludźmi i przypominają sobie kim byli kiedyś.
Nie zdążyłem nawet odpowiedzieć. Zostałem brutalnie podcięty, a potem usłyszałem strzał. Spojrzałem za siebie. Na ziemi leżało coś podobnego do człowieka, tyle że bardzo chude, większe i z zaostrzonymi pazurami jak u kota. Jego skóra była białego, ziemistego koloru. Był tak chudy, że widziałem wystające kości. Zwierzę zawyło głucho.
- Zwariowałeś! Mogłeś mnie uprzedzić, a nie podcinać!
Uśmiechnął się i pomógł mi wstać.
- Przepraszam. Nie sądziłem że w tych lasach znajduje się tyle demonicznych zwierząt.
- To był akurat człowiek, którego ugryzł wendigo. Nie zmieniają się całkowicie...
- Ale tylko tracą człowieczeństwo oraz stają się szalone i niebezpieczne. Tak wiem. - przerwał mi.
Ruszyliśmy dalej ścieżką przez gęsty bor. Nie odzywaliśmy się aż do domu. Zobaczyłem Instytut i aż zawyłem z radości. To zabawne, że cieszyłem się jak dziecko, ale byłem szczęśliwy, że znowu jestem w domu. Zapukałem do drzwi. Wielkie wrota powoli otworzyły się na niewielką szparkę.
- Podaj swoje imię. - usłyszałem drżący głos Barbary.
- Barbara? To ja Alec. Wpuść mnie.
Drzwi otworzyły się zamaszyście i wyskoczyła na mnie dziewczyna o czerwonych włosach.
- Jejku jak dobrze, że już jesteś w domu - powiedziała cicho.
- Wiesz Kat? Też się cieszę.
Puściła mnie i pozwoliła wejść do domu. Wszedłem i ruszyłem do biblioteki, gdzie wypytano mnie o wszystko z dokładnymi szczególikami. Tak mnie, bo Matt gdzieś się ulotnił. A gdy odpowiedziałem już na te wszystkie głupawe pytania, dowiedziałem się, że nigdy nie przestali mnie szukać. Zrobiło mi się wtedy tak ciepło, a jednak mnie szukali. Przez cały czas nie przestawali wierzyć, że żyje, choć dwa tygodnie nie dawałem znaku życia. Podano kolację. Zabroniono mi gdziekolwiek wychodzić samemu i wyjaśniono, że za dwa dni przybędzie tu lekarka, która ma mnie zbadać. Po jakiś dwóch godzinach mogłem wreszcie pójść do pokoju. Rozebrałem się i zmęczony padłem na łóżko. Usłyszałem ciche skrzypnięcie. Podniosłem się i spojrzałem na Matta opierającego się o drzwi.
- Gdzie cię kurwa wcieło? Musiałem sam się z nimi użerać!
- Aż tak nie lubisz swojej rodziny?
- Chodziło mi o pytania... - mruknąłem zażenowany.
Uśmiechnął się spokojnie, wszedł do pokoju zamykając drzwi i usiadł na krześle naprzeciwko łóżka. Zamknąłem oczy i uśmiechnąłem się delikatnie.
- Czemu się tak cieszysz? - spytał zdziwiony.
- Bo będę chory, co u mnie zdarza się raz na bardzo długo - mruknąłem ochryple.
- Czemu tak sądzisz?
Podniosłem się i dotknąłem jego dłoni. Uniósł brwi. Czoło paliło mnie jak nie wiem, a w żyłach miałem kryształki lody zamiast krwi. Czułem tylko lód i gorąco płynące od głowy. Zacmokał z niezadowoleniem. Wstał, bez słowa położył się obok i przytulił mnie. Wtuliłem się w niego jak mały kot i usnąłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytelnicy